Bieszczadzkie Anioły i Demony

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Jedziemy tak z dziesięć minut, może piętnaście. Widać, że nawigacja pracuje dobrze – zgadza się pomiar prędkości a strzałka nawigacyjna prawidłowo przesuwa się w czasie i przestrzeni mapy. Niby już blisko ale o pomyłkę nadal łatwo, wszystko tutaj wygląda do siebie bardzo podobnie – kręte drogi, zielone łąki, pola, gdzieś dalej las. Domy i zabudowania gospodarskie w zasadzie identyczne, jakby jedno skopiowane od drugiego. W dodatku ta szutrowa nawierzchnia – jakieś dziesięć minut wcześniej pożegnaliśmy asfalt i teraz musimy już radzić sobie z nierównościami nawierzchni, a przecież wcale nie jedziemy tutaj żadnym pojazdem z terenowym zawieszeniem czy napędem 4×4. Jedziemy wolniej a zatem zdaje się, że dłużej.

Jedynka, dwójka, trójka; trójka to maks, stop, redukcja, za duże wertepy. W dodatku musimy zawrócić, nawigacja przechodzi swój pierwszy kryzys orientacji na tym odcinku. Niby jesteśmy już blisko, mieliśmy dość dokładne koordynaty miejsca docelowego, po drodzę minęliśmy też drogowskaz. Ale tu gdzie jesteśmy, w Bieszczadach, nigdy nie wiesz czy akurat dróg twych właśnie nie poplątał jeden z licznych tutejszych demonów, których obecność można tu poczuć nie tylko na kartach bieszczadzkich opowieści i legend.

Po chwili jesteśmy. Kolejny drogowskaz. Tym razem auto trzeba zostawić na szosie, znów przez moment łaskawie asfaltowej, i wejść w las. Są koleiny i jest pod górkę, auto nie pójdzie. To ewentualnie droga dla quada, ale nie dla dwunastoletniego Peugeota 307.

Wchodzimy w las, idziemy jakieś 300 metrów. I tyle, jesteśmy na miejscu. Po lewej stronie budynek, jakby barak, nie dość że wątłej konstrukcji, to jeszcze widać, że nadgryziony zębem czasu. Na nim brezentowa plandeka, jakby reklama jakiejś firmy. W tle muzyka, pewnie radio. Zawsze musi być muzyka, w końcu to środek tygodnia, zwykły dzień roboczy w lesie, a przecież pracuje się lepiej kiedy ci coś wesoło pobrzękuje za uchem. Zwłaszcza, kiedy w lesie siedzi się samemu.

Życie w Bieszczadach toczy się cały czas normalnie – nie tylko na zielonej granicy czy turystycznych szlakach. W lesie słychać piły, na drogach mijasz zawalone po brzegi ciężarówki z drewnem. Na te akurat trzeba cały czas uważać.

I niech nikogo nie zmyli otwarte piwo na stoliku obok wspomnianego „budynku” – to przecież tak pod robotę, żeby lepiej się ruszać, żeby coś tam też i w żyłach szumiało. Retorty stoją po lewej stronie, jeden z nich dymi. Są cztery. Chcemy podejść bliżej żeby móc obejrzeć je z bliska i sfotografować. Nie chcemy tego jednak robić bez zgody gospodarza.

Ten w końcu dostrzega nas i wychodzi nam na powitanie. Nie wiem czy wyszedł z baraku, który, zgodnie z tym co ustaliliśmy wcześniej, jest jego domem, miejscem zamieszkania, czy może podszedł do nas od strony retortów. Pojawił się nagle, jakby trochę znikąd. Jak zjawa. Tak też trochę wygląda – bujny włos i broda, roboczy strój, nieco osmolona czarnym osadem twarz. Spojrzenie ma jednak bystre i ostre; czujne (co w bieszczadzkim lesie zapewne przydaje się jeśli mieszka się w nim samemu) i ani trochę mętne. Przedstawiamy się, mówimy, że jesteśmy turystami i że chcieliśmy się troszkę rozejrzeć, zrobić kilka zdjęć. Nie protestuje, ale nie jest też z tego powodu jakoś szczególnie szczęśliwy. Pozwala nam podejść do retortów. Chcemy zrobić tam sobie kilka zdjęć, podejść bliżej. Przyjrzeć się.

Kilka zdjęć tego miejsca, ale nie jemu, czy z nim. Co w czasie kiedy byłem w tym miejscu (2019 rok) było, wraz z internetowym tagowaniem, dość popularną rozrywką na Instagramie.

Zygmunt Furdygiel szerszej publiczności objawił się dzięki produkcji „Przystanek Bieszczady”. Ślązak z pochodzenia, który w masowej wyobraźni tych, do których dotarła wieść o nim, jest tym, który romantycznie "rzucił wszystko" i w Bieszczadach osiadł. Od kilkunastu lat jest wypalaczem węgla drzewnego w Przedsiębiorstwie Produkcji Leśnej „Las”.

Same retorty, czyli piece do wypału drzewnego węgla, także przyciągają swoją unikalnością i kompozycją z bieszczadzkim krajobrazem. Do zbiorowej świadomości również trafiły poprzez media – to tam właśnie rozpoczyna się drugi sezon serialu Wataha (akurat nie w tych u Zygmunta, lecz ogółem – w retortach właśnie, gdzie bohaterowie znajdują dwadzieścia jeden ciał uchodźców ze wschodu. Serialu, który swoją drogą zrobił regionowi ogromną robotę i promocję turystyczną).

Sam węgiel drzewny wypala się z twardego drewna liściastego. Najczęściej buk, grab i olcha. W regionie służą do tego właśnie retorty – metalowe piece do wypału drewna w warunkach leśnych. Samą produkcją węgla drzewnego zajmowano się od wieków, ale jego pozyskiwanie zawsze było zajęciem trudnym, wymagającym dużego wysiłku fizycznego i nie mniejszego doświadczenia podczas wypału. Jeszcze 40 lat temu drewno wypalano w mielerzach – rodzaj stosu z drewna obłożony darniną i uszczelniony gliną, by ograniczyć dostęp powietrza i by płomienie nie wydostawały się na zewnątrz.

W latach 70. XX wieku pojawiły się metalowe retorty, który na zawsze wpisały się w krajobraz Bieszczadów, choć i one za kilka lat mogą pozostać wspomnieniem. W 2000 roku retort było w okolicach blisko pół tysiąca w prawie pięćdziesięciu bazach wypałowych. Sześć lat temu było ich już tylko osiemdziesiąt w dwunastu bazach, a dziś dymy snują się już na mniej niż 10 lokalizacjach. Zmienia się także sama procedura wypalania – Unia Europejska egzekwuje swoje zalecenia, tani ukraiński węgiel drzewny zalewa rynek, a pierwsze ceramiczne piece do wypału drewna już wkrótce mają stanąć w Uhercach Mineralnych.

O wspomnieniach Zygmunta, jego początkach i miłości do samego wypału jak i Bieszczad, można posłuchać lub przeczytać wszędzie, na przykład tutaj. Nas interesowało to, jak wygląda to miejsce względem tego co często słyszymy i widzimy właśnie w materiałach on-line. Ponadto ciekawiło nas to co na ten temat myśli sam Furdygiel.

– Są dni, że potrafi tu być nawet i pięćdziesiąt osób. Więc sami widzicie, no… – mówi nam pan Zygmunt. Widzimy, owszem. Widzimy to po jego oczach; że na to wspomnienie wzrok robi mu się jakby bardziej zmęczony i starszy. Widzimy jak zachodzi wtedy jakąś mgłą. Widzę też przed oczami te wszystkie zdjęcia z nim i posty, które turyści wrzucają w internet robiąc sobie wesołe zdjęcia z „wypału u Zygmunta”. Czasem pewnie i nawet jest wesoło – być może zależy to od formy dnia, być może od liczby spożytych browarków (jak sam kiedyś zdradził pan Zygmunt – jak „10 browarów wypije, wie, że żyje”), jednakże sława i cywilizacja zaczynają też męczyć. A i same Bieszczady się im dwóm nie opierają.

– To już nie te Bieszczady co kiedyś – mówi mi Maciej, turysta, którego spotykam z kolei na Połoninie Wetlińskiej w drodze do Chatki Puchatka – legendarnego schroniska, które samo też obecnie pisze w Bieszczadach swoją nową (niekoniecznie najweselszą) historię. Maciej jest starszy, wspomina swoje wycieczki jeszcze z początku lat dwutysięcznych, a nawet z połowy dziewięćdziesiątych. Kiedy nie było jeszcze tylu co teraz dróg, nie mówiąc już o turystach, noclegach, punktach gastronomicznych, czy nawet zwykłych spożywczych sklepach.

– Nadal jest to mistyczne poczucie tych dzikich, niedostępnych Bieszczad. Ale ono bezpowrotnie mija – dodaje. Wierzę mu. Ja Bieszczady znam dopiero od czterech lat. Zaznałem i widziałem tu już dużo pięknego i dobrego. Ale w połączeniu ze słowami Macieja oznaczać może to tylko jedno – że kiedyś było tego jeszcze więcej. Było to piękniejsze i lepsze.

Bieszczady na szczęście cyfryzacji, globalizacji i modernizacji opierają się dość skutecznie. Sprzyja temu geografia terenu – jego rozległość i rozproszenie miejscowości (baz turystycznych) na dużym obszarze. Nie ma tu tego wrażenia co na Podhalu – że wszyscy turyści z regionu zdają się być sprasowani w Zakopanem do kulki wielkości małego fiata. Oczywiście – w szczytowych momentach turystów jest bardzo dużo, ale dotyczy to tylko najpopularniejszych miejscówek – to z kolei słowa Piotra, przewodnika szkolnej wycieczki, którego zaczepiam na szczycie Małej Rawki prosząc, żeby pokazał mi gdzie we wschodniej panoramie Bieszczad znajduje się Pikuj – najwyższy szczyt pasma, leżący już po stronie ukraińskiej.

– W Bieszczady najlepiej przyjechać w czerwcu – dodaje Piotr – bo zieleń jest wtedy najbardziej soczysta. Gęsta. Albo w lipcu – wtedy na Połoninach można nieźle objeść się owocami borówki czarnej, która naprawdę gęsto pokrywa przestrzenie między lasami a połoninami. A cywilizacja? Ona dotrze już wszędzie – podsumowuje – cieszcie się, że nie było was w weekend Bożego Ciała. Takie były tłumy…

Istotnie – cywilizacji nie oprzemy się wszyscy. Nie oparła się jej także Chatka Puchatka – legendarne dla bywalców Bieszczad schronisko zostało rozebrane w sezonie „pandemicznym” i, ku rozpaczy wielu, w jego miejsce na grani Połoniny Wetlińskiej powstanie nowa konstrukcja. Jaka? Nawet nie wiem, nie sprawdzałem. Zbyt dużo we mnie nostalgii za tym co stare… A kiedyś, wraz z zapleczem, Chatka wyglądała tak jak na zdjęciu poniżej:

Niezmienne pozostanie na szczęście jedno – z Chatki Puchatka nadal schodzić będziemy na parking przy Przełęczy Wyżnej – miejsca, które z jakiegoś powodu (nie wiem dokładnie jakiego) szczególnie sobie upodobałem. W ogóle – parkingi to bardzo ciekawe miejsca w Bieszczadach. Tu przecinają się szlaki, nie tylko w góry jadących, jak z nich wyjeżdżających. Wszystkich – turystów i mieszkańców. Stąd widzimy lepiej gdzie jesteśmy i gdzie chcielibyśmy być (widoki na Połoniny). Tu wreszcie widać też to, co cywilizacji się opiera, oraz to co już nie dało rady (jak na przykład duży, handlowy pawilon przy restauracji Siekierezada w Cisnej, który zaburza tam estetykę przestrzeni i w jakimś stopniu – rytm bijącego serca tego miejsca, gdzie jak dotąd królowała łemkowska kuchnia oraz bieszczadzkie rękodzieło).

I za to je lubię – parkingi w Smereku, przy starym, opuszczonym sklepie (zdj. powyżej). W Cisnej przy Siekierezadzie. W Wetlinie, między dwoma spożywczymi sklepami oraz na Przełęczy Wyżnej właśnie (kiedyś przy opuszczonej karczmie, dziś – przy karczmie już działającej). Na tym ostatnim można latem załapać się na ciekawe wydarzenie plenerowe – na przykład warsztaty z astronomii i oglądania gwiazd (bilety od stu złotych w górę). Myślę jednak, że warto. Warto bo to ciągle tu, w Bieszczadach. Innych co prawda niż kiedyś, ale przecież dziś też już tych innych, dawnych, Bieszczad nie mamy i nie będziemy już mieć.

Kiedy opuszczamy „zakład pracy” Zygmunta Furdygiela, w pamięci mamy wciąż jego obojętne spojrzenie po tym jak na jego miejsce pracy wkroczyliśmy oraz po tym jak zapytaliśmy o jego popularność. Nie sądziliśmy, że kiedy wrócimy do auta, on pokona te trzysta metrów dzielące ten prowizoryczny parking od jego leśnej działki, wyjdzie na skraj lasu i… “popatrzy” nam na pożegnanie. Spojrzeniem już innym niż to smętne i zmęczone – spojrzeniem znów ostrym i wyrazistym. Mówiącym (przynajmniej tak odebrałem to ja) – fajnie, że wpadliście i nie przeszkadzaliście. Było miło. Możecie wpaść jeszcze kiedyś.

Tak w istocie jest z samymi Bieszczadami. Fajnie jest wpaść i im nie przeszkadzać. Nie zaśmiecać. Nie niszczyć. Nie gracić. Wtedy jest miło. I wtedy można wpadać tam częściej.

Zdjęcia własne. Fotografia tytułowa została zrobiona przez Marka Piwnickiego (Photo by Marek Piwnicki from Pexels).
patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Jeden komentarz na “Bieszczadzkie Anioły i Demony

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.