Całkiem zwyczajne życie

Ten tekst nie ma być w duchu „nie straszcie PiS-em”. Ma raczej służyć jako przypomnienie, że bliższa ciału koszula. Mam wrażenie, że w ostatnich latach jakoś przestało to być oczywiste. A te przemyślenia wzięły się z książki „Całkiem zwyczajny kraj” Briana Porter-Szűcsa.

Zacznę od nieplanowanego wstępu: zabrałam się do pracy nad tym tekstem jeszcze przed inwazją Rosji na Ukrainę; w momencie, kiedy największymi problemami Polaków były coraz wyższe ceny i Polski Ład. Koleżanka zapytała mnie wtedy, dlaczego moim zdaniem nie da się w Polsce stworzyć tak silnego zrywu, by rząd naprawdę zaczął się chwiać w posadach. Na jej pytanie odpowiedziałam kolejnym: czy na co dzień myśli raczej o bezpośrednim zagrożeniu, czy może o pracy, związku, swoich hobby. „Raczej to drugie…” – odpowiedziała.

Mogę z dużą dozą prawdopobieństwa przypuszczać, że teraz sytuacja przynajmniej w jakimś stopniu się zmieniła, bo i ja sama, i mnóstwo moich znajomych śledzi codziennie wieści z Ukrainy. To jednak nie zmienia faktu, że na ulicę nadal nie wychodzimy, bo wróg zza wschodniej granicy na jakiś czas odwrócił uwagę od wcześniejszych, wewnętrznych problemów. Ale w tamtym momencie, na początku stycznia, mogłam odpowiedzieć, że codzienność jest jak ciepły kokon, który otula nas i oddziela od wielkiej polityki. Jest mechanizmem obronnym i strefą buforową naraz.

/źródło: Empik/

A te przemyślenia wzięły się z książki „Całkiem zwyczajny kraj” Briana Porter-Szűcsa. Kiedy tylko dowiedziałam się w zeszłym roku o jej istnieniu, postanowiłam, że ją kupię i przeczytam. Podtytuł „Historia Polski bez martyrologii” bardzo do mnie przemówił, właśnie o historii w takim wydaniu chciałam poczytać.

Jak historia Polski bez martyrologii ma się do codziennego życia i naszej gotowości do protestów? To za chwilę, ale zacznijmy od tego, że dzieło amerykańskiego historyka nie jest wyczerpującym źródłem wiedzy o polskiej historii. Może to mało zachęcający wstęp, ale ważny, żeby mieć właściwe oczekiwania przy lekturze tej książki. Autor rozpoczyna swoją opowieść w roku 1795 roku, czyli w momencie, kiedy wraz z trzecim rozbiorem dla Rzeczpospolitej rozpoczyna się okres, który dał fundament martyrologicznej opowieści o cierpieniach polskiego narodu.

Ponadto nie jest to książka bardzo szczegółowa – Porter-Szűcs skupia się na tym, co jest szczególnie godne uwagi z punktu widzenia obcokrajowca.

I to właśnie taki dobór omawianych treści najlepiej służy celowi autora, czyli pokazaniu Polski w perspektywie globalnej. Z powodu skąpych materiałów historycznych pewnie trudno byłoby porównywać np. rozwój rolnictwa w za czasów Kazimierza Wielkiego i dynastii Yuan w Chinach, ale już dużo łatwiej jest porównać wydarzenia z wieku XX. Autor tak pisze na przykład o II RP:

„Jeśli weźmiemy pod uwagę taki wskaźnik, jakim jest produkt krajowy brutto per capita, mierzony w 1928 roku (najlepszy rok Drugiej Rzeczypospolitej), możemy zobaczyć, że Polska wyglądała kiepsko w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi lub Wielką Brytanią, znakomicie jednak na tle większości krajów pozaeuropejskich. Pod tym względem Polska w latach dwudziestych nie różniła się zbytnio od innych krajów wschodniej i południowej Europy: była nieco bogatsza od Bułgarii i Rumunii, nieco biedniejsza niż Włochy i Hiszpania.”

Takie podejście do tego okresu historii wydawało mi się bardzo świeże i pragmatyczne – dotychczas spotykałam się albo z idealizowaniem II RP jako tego barwnego, wspaniałego kawałka wolnej historii pomiędzy rozbiorami a wojną i socjalizmem, albo przedstawianiem go w zupełnie czarnych barwach jako czasów nędzy i autorytaryzmu. Oczywiście ten fragment to tylko mały wycinek, autor poświęca dwudziestoleciu międzywojennemu cztery z trzynastu rozdziałów.

Globalne porównania możemy zobaczyć również w odniesieniu do PRL-u:

„Jeśli uznać Polskę za kraj nisko rozwinięty, nasuwa się wniosek, że po drugiej wojnie światowej wiodło się tu całkiem dobrze. Na przykład średni PKB per capita w Ameryce Łacińskiej w 1950 roku wynosił 72 procent PKB per capita w Polsce, podczas gdy w 1980 było to już zaledwie 59%. Afryka też nie pozostawała w tyle, Azja natomiast rozwijała się w podobnym tempie.”

W kontekście tej epoki pewnie wiele osób w pierwszym momencie pomyśli, że nie chce się porównywać z Afryką czy Ameryką Łacińską, tylko z tym, co by było, gdybyśmy po 1945 roku nie wpadli w ramiona Moskwy. PKB per capita też nie jest jedynym wskaźnikiem rozwoju. Mnie jednak takie porównawcze podejście wydaje się cenne; pokazuje, co udało nam się mimo wszystko zbudować. Ostatecznie lata PRL-u nie były przerwą w polskiej historii; nawet jeśli trudno identyfikować się z tamtym państwem, ono ciągle trwało, wysiłki milionów Polaków – naszych rodziców i dziadków – powoli popychały rozwój cywilizacyjny do przodu.

Autor oczywiście nie chce mówić Polakom, że traumy w postaci II wojny światowej czy okresu stalinizmu to „no big deal”. Zachowuje ostrożność i wrażliwość. Jednocześnie przypomina nieraz o zwyczajności życia nawet w niezwyczajnych czasach. Tak pisze np. o czasach stalinizmu:

„Stalinizm był ideologią totalitarną, gdyż usuwał granicę między sferą publiczną a prywatną, lecz PRL nigdy zdołał ustanowić totalitaryzmu na poziomie życia codziennego. Ludzie nadal zawierali przyjaźnie, uczęszczali na msze, spacerowali w parkach, upijali się, zakochiwali, czytali książki, oglądali filmy, tańczyli, modlili się i pracowali.”

Jednak szczególnie zapamiętałam fragment, który pojawia się trochę wcześniej, choć też w rozdziale ósmym, poświęconym latom 1945-1956:

„Manichejski dualizm, który prezentowali politycy po obu stronach zimnowojennego podziału, nie pozwala wyjaśnić doświadczeń prawdziwych ludzi żyjących w tamtej epoce. (…) Tego rodzaju prozaiczne podejście jest szczególnie istotne dziś, kiedy odradzają się autorytarne ideologie. Osoby, które pragną ocalić demokrację konstytucyjną, czują pokusę bicia na alarm i przywoływania najbardziej przerażających cech populistycznej dyktatury, by w ten sposób zawrócić innych z niebezpiecznej ścieżki. Ja jednak, za sprawą doświadczeń ostatnich lat, nabrałem przekonania, że to błędna strategia. Często zapominamy o pewnym ważnym aspekcie ustrojów populistycznych: spychając mniejszości (światopoglądowe, rasowe, seksualne, narodowe czy jakiekolwiek inne) na margines, populiści karmią uprzedzenia i dumę grup większościowych. Kto jest „jednym z nas”, nie musi się niczego obawiać. Czasem wręcz czerpie korzyści. (…) Ludzie się zakochują, kończą szkoły, awansują w pracy, obchodzą święta, jeżdżą na wakacje. Nie ma sensu mówić im, że autorytaryzm prowadzi do Orwellowskiego koszmaru, wystarczy przecież, że pomyślą o swojej sytuacji, a zaraz dojdą do wniosku, że nie ma czym się martwić.”

W pierwszej kolejności pomyślałam, że to bardzo niewygodne słowa, za które od razu chciałoby się przeprosić wszystkie osoby, które ucierpiały pod rządami totalitarnym bądź autorytarnymi. Ale potem zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę pasują też do Polski z ostatnich siedmiu lat. I odpowiadają też napytanie mojej koleżanki, które przytoczyłam na początku tekstu: „Dlaczego ludzie nie wyjdą po prostu na ulice?”

Bo nie było im aż tak źle. Kiedy pytałam starsze pokolenie ze wsi w kontekście rządów PiS-u, czy chce, żeby znowu było jak za PRL-u, odpowiadali mniej więcej w takim tonie: „ wtedy nikt się nami nie interesował, bo nie działaliśmy w polityce, w latach 70. w ogóle było bardzo dobrze, a teraz w ogóle macie raj”. I jak z tym dyskutować, jeśli nie mogę im pokazać żadnej lepszej rzeczywistości dla porównania? Jasne, mogę opowiedzieć, w czym wyprzedzają Polskę najbardziej rozwinięte kraje świata, ale sucha wiedza nie zadziała tak samo jak przeżyte doświadczenie.

Tak więc… przez ostatnie siedem lat kończyłam kursy, awansowałam, czytałam książki, oglądałam filmy, jeździłam na wakacje, obchodziłam święta. Tak jak pisze Brian Porter-Szűcs. Ale też były momenty, kiedy poczułam naprawdę realne zagrożenie. Kilka przykładów: zapadł wyrok TK Julii Przyłębskiej w sprawie zaostrzenia prawa aborcyjnego. W dzień czarnego protestu mediów, ponad rok temu. Przy słynnej reasumpcji w sprawie Lex TVN. To były właśnie te momenty, które motywowały mnie do wyjścia na ulicę czy innych działań obywatelskich. Przebiły się przez kokon codzienności, bo jej dotykały.

Ten tekst nie ma być w duchu „nie straszcie PiS-em”. Ma raczej służyć jako przypomnienie, że bliższa ciału koszula. Mam wrażenie, że w ostatnich latach jakoś przestało to być oczywiste. Kończę pisać ten tekst w innej rzeczywistości niż go zaczynałam, po wybuchu wojny na Ukrainie; w sytuacji, kiedy Polska prawdopodobnie nie wróci całkowicie do status quo, bo będzie miała też nowe problemy, związane np. z przystosowaniem się do napływu milionów uchodźców z Ukrainy. Ale nadal będziemy chcieli żyć zwyczajnie i to te kwestie, które dotkną zwyczajnego życia, zadecydują też o dalszych losach polityki w Polsce.

P.S. A książkę, o której mowa w tekście, bardzo polecam.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.