Chodzi Lis koło drogi

Niegdyś zdobywał najznamienitsze laury dziennikarstwa w tym kraju oraz rozmawiał z największymi tego świata. Dziś czasem sprawia wrażenie, jakby rozmawiał wyłącznie z własnymi fantasmagoriami.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

W swej autobiografii, wydanej w 2018 roku Tomasz Lis pisze: „Prowadząc program publicystyczny, w dużej telewizji, człowiek niezmiennie balansuje na linie, chcąc zachować jednocześnie pracę i twarz. Żeby zachować twarz, nie można zejść poniżej pewnego poziomu merytorycznego i estetycznego”. Banał, jak wydawałoby się, nawet dla studentów pierwszego roku dziennikarstwa. Redaktor Tomasz Lis ma wspaniałą pracę, wynikającą z jego pięknej kariery. Czy wobec tego może pozwalać sobie coraz częściej na poluzowanie, a nawet świadomą i kontrolowaną utratę pewnego poziomu merytorycznego i estetycznego?

Publicystycznie i dziennikarsko dorastał i kształtował się u boku największych III RP i architektów jej sukcesu: Tadeusza Mazowieckiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, Bronisława Geremka, Adama Michnika. Nie ma się co dziwić i zarzucać mu, że prąc „cała naprzód” w pogoni za lepszym dziennikarstwem, gonił także za lepszą Polska i takiej też chciał. Na pewno nadal także i chce, nie odmawiamy mu tego. Parafrazując jednakże analityków futbolowych, jak ulał do tego przypadku pasuje stwierdzenie: „pomysł może i dobry, ale gorzej z wykonaniem”. Dla młodego i ambitnego dziennikarza upadek PRL, zdjęcie cenzury oraz rozwój nowych mediów w Polsce musiały być tym czym był dla Jacka Dawsona granego przez Leo di Caprio wygrany bilet na Titanica. Rzecz w tym, że należało jeszcze utrzymać się na wodzie i nie dać się zatopić kiedy Titanic zderzył się z lodową górą.

Był naocznym świadkiem narodzin spinu o „dziadku z Wehrmachtu” – archetypu i niechlubnego dziedzictwa w dziedzinie politycznych spinów. Dziś, z pozycji naczelnego jednego z największych (wciąż) tygodników opinii w Polsce wygłasza jakościowo podobne do tamtej wypowiedzi hasła i koncepcje, oparte w dużej mierze o apoteozę Donalda Tuska, domniemanie spisku przeciwko Platformie Obywatelskiej, teorię o rozbijaniu opozycji przez samą opozycję, oczywiście za wyjątkiem samej Platformy.

W swoich wstępniakach oraz twitterowych wpisach stał się wspierającym jedyną „słuszną” opcję polityczną. Z prostej przyczyny, jak bowiem głosi powszechnie powtarzane w demokratycznej opozycji hasło: „czasy są takie, że trzeba się określić”. Nie ma miejsca na hamletyzowanie, symetryzowanie i równy stosunek do stron politycznego sporu – należy niezwłocznie przeciwstawić wszystkie siły, myśli i działania przeciw PiS i najlepiej koncentrować je wokół ośrodka, który sam jest najbardziej w ten sposób skalibrowany. A tu przecież polityczna opcja jest tylko jedna.

Oczywiście, czasy świetności redaktora i pik jego kariery przypadały na epokę zupełnie w polskiej polityce inną niż mamy teraz – inne emocje, inna skala, inne metody politycznego i medialnego rzemiosła. Jednakże były to czasy, kiedy każdy nie tylko swobodnie mógł, lecz przede wszystkim był w stanie wykrzesać z siebie więcej. Paleta politycznych rozmówców z czasów jego antenowych programów publicystycznych na żywo pokazuje, że mogło tak być. Macierewicz, Marcinkiewicz, Kaczyński… Oczywiście, było to przed Smoleńskiem i byli to inni (czy na pewno?) Macierewicz z Kaczyńskim, jednak spryt, a przede wszystkim dobra wola pozwalały transparentnie i szczerze służyć redaktorowi dziennikarskiej sprawie, nawet gdy w 2008 roku podejmował pracę w TVP (a były to czasy gdy TVP szefował ś.p. Andrzej Urbański – nominat do rady nadzorczej TVP oraz prezesury w TVP za czasów końcówki gabinetu Jarosława Kaczyńskiego), kiedy pojawiły się nawet insynuacje o podjęcie przez redaktora gry z PiS / intrygi ze strony samego kierownictwa PiS.

Ale to zamierzchłe czasy – w opinii wielu PiS tak od 2015 przeorało sferę mentalną oraz opinii publicznej, iż nie ma powrotu do tamych czasów i standardów. Dziś ma się liczyć jasna i wyrazista określoność – albo jesteś po dobrej stronie, albo po złej. Nie ma półśrodków.

Ten swoisty “antysymetryzm” prowadzi do zaostrzenia kursów retorycznych wewnątrz samej opozycyjnej bańki. Początkowy szantaż obowiązkiem zjednoczenia sił pod szyldem PO, wobec swojej nieskuteczności w momencie gdy poszczególne partie chcą najpierw same się dookreślić i skończyć definiować, przerodził się w kontestowanie opozycyjności i dobrych intencji innych graczy ze sceny. Sygnał jako pierwszy wysłał Donald Tusk, podważając moralny kręgosłup w szeregach Lewicy, niemal z miejsca wykreślając ją ze swojego planu zjednoczenia się w wyborach przeciw PiS. Wielomiesięczne przeciąganie liny z pozostałymi tam formacjami – PSL oraz Polską 2050, dało kilka szczątkowych powodów dziennnikarzom i komentatorom do ogłaszania tez mówiących o potajemnych sojuszach przeciwko PO, a nawet kolaborowaniu z PiS poprzez współpracę oraz dzielenie narracji z PiS-owskimi mediami. Bo przecież polityczny sezon jest teraz wbrew pozorom dość nudny – mimo rozlicznych afer PiS nie słabnie (w oczekiwanym tempie), a opozycja nie rośnie. Trzeba zatem tworzyć teorie i nadawać ton dyskusji – artykuły muszą się „klikać”, tytuły sprzedawać, a emocje być na stale wysokim poziomie.

Być może jednym z mentorów redaktora Lisa jest Adam Michnik i to jego śladem chciał pójść naczelny Newsweeka – jako głosiciel jedynego słusznego modelu rozumienia i odbierania zarówno polityki jak i życia społecznego. Jeżeli tak, brzmi to groteskowo. Zwłaszcza gdy oprócz górnolotnych haseł w obronie jakości mediów, wolności słowa, tudzież wolności w ogóle, tuż obok można u Lisa przeczytać jego paszkwile wystosowane z nieskrywaną wrogością, wobec innych, którzy tak naprawdę walczą o to samo. Tak, mam tu na myśli nieskrywaną niechęć redaktora do Szymona Hołowni. I oczywiście to wszystko w ramach walki o wolne i niezależne media i nieskrępowane opinie, a przeciwko tępej propagandzie, jak tej w TVP.

Dlaczego Lisowi Hołownia aż tak działa na nerwy? Bo to Hołownia najgłośniej podważa sensowność takiego nastawienia politycznej sceny oraz kalibrowania politycznych emocji. antyPiS (czymkolwiek jest), nie jest dla niego sposobem wyjścia z obecnej sytuacji w której aktualnie jesteśmy. PO PROSTU – jak głosi tytuł rubryki „Newsweeka” w której naczelny publikuje co tydzeń swoje refleksje, skądinąd bardzo często trafne, mądre, genialnie ujęte w słowa.

Czyli Tomasz Lis nadal “to” ma. Nadal też jest transparentny. Nie można na pewno zarzucić mu, że jest nieszczery, lub nie wierzy w swoje ideały. Tylko czy to wystarczy by nadal tworzyły one etos pracy, o jakim sam tyle pisze w swojej autobiografii?

Tomasz Lis niegdyś potrafił wejść w środek polityczej zawieruchy. Umiał podjąć grę z przeciwnym mu ideowo i poglądowo obozem tak, by czule go punktować, nawet jeśli było to w czasach nieporównywalnie różnych niż dziś emocji. Wyznaczał wtedy trend nowoczesnej publicystyki i ją budował, popdpatrując co ciekawsze wzorce, na przykład ze Stanów. Dziś, być może już nasycony misją robienia dobrego dziennikarstwa, z bezpiecznej odległości oraz zza szyby redakcji walczy on na swój sposób o „wolne media”. Wolne, czyli dziś zgodne z dowolną interpetacją autora oraz posiadacza owego prawa do wolności: wolne w sianiu fermentu na opozycji, wolne w podbijaniu emocji, stawianiu wątpliwych tez, czy też wolne w dobieraniu sobie politycznych sympatii.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.