Co tak naprawdę nabroił Daniel Obajtek? (Opinia)

Jest u nas obecnie w mediach i przestrzeni publicznej trochę tak jak w parafrazie pewnego dowcipu: otwierasz lodówkę – Obajtek. Zaglądasz do spiżarni – Obajtek. Włączasz telewizor – Obajtek. Strach więc jest zajrzeć nawet do własnej sypialni. Rzeczywiście – nazwisko Obajtek jest ostatnio wielokrotnie odmieniane każdego dnia przez wszystkie przypadki przez polityków, publicystów i komentatorów. Od kiedy? Już nawet dokładnie nie pamiętamy – zwykle tego typu „majątkowe” lub „taśmowe” afery nie wiszą dłużej niż kilka dni na medialnych afiszach, jednakże z „aferą Obatjka” jest trochę tak, że jest z nami już akurat długo (pierwsze doniesienia o „taśmach” w Gazecie Wyborczej pochodzą z 16 lutego) i zdaje się, że jeszcze trochę czasu z nami pobędzie (biorąc pod uwagę ostatnie plany i zapewnienia sporej grupy polityków Koalicji Obywatelskiej i Lewicy). W mediach także oczywiście mocno wrze.

O co ta cała afera i zamieszanie? Jaka jest anatomia tego „skandalu”? Czy jest rzeczywiście się o co oburzać?

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Paliwo wprost z rafinerii

 Trudno nie odnieść wrażenia, że w opozycyjnym bloku (zwłaszcza w kręgach skupionych wokół Koalicji Obywatelskiej), sprawa Obajtka wygląda jak dodatkowy zapas tlenu w pomieszczeniu, w którym dla tej formacji od jakiegoś czasu ten tlen bardzo szybko się kończył. Wobec oczywistych problemów KO, jak i przewodzącej w niej PO, zamieszanie wokół prezesa Orlenu jest dlań bardzo wygodne i korzystne – można na przykład puntkować go na bazie kolejnych doniesień o źródłach finansowania oraz możliwych sposobach pomnażania przez niego majątku. Można podszczypywać sam PiS, dla którego Daniel Obajtek jest w ostatnich miesiącach swoistym „paliwem napędowym” (takim samym jakim aktualnie jest dla PO – z tym, że oczywiście z zupełnie przeciwległego punktu widzenia). Można wreszcie skupić sporą część narracji w debacie publicznej wokół tematu zawsze niewygodnego dla elit – ukrywanie majątku, możliwe szemrane źródła dochodu oraz protekcja rządzących są wszak piętą achillesową każdej władzy i ZAWSZE są tematem pokazującym rozpasanie tejże władzy, na tle wciąż „biedującego” społeczeństwa.

Pytanie, które zasadniczo mogłoby zacząć rodzić się w głowach śledzących przebieg tej sprawy, zwłaszcza od strony przepisów prawa, jest następujące – czy rzeczwiście jest ona tak oburzająca, jak widzi ją strona opozycyjna? Czy może jest w tym wszystkim sporo przesady i należałoby złapać doń nieco dystansu, tak charakterystycznego z kolei dla strony rządowej? Popatrzmy na kilka kwestii.

Obrotny wójt

Warto dokonać w tym momencie najprostszego zdawałoby się zabiegu w przypadku analizy tego typu sytuacji – oddzielić fakty od opinii. A fakty są takie, że wokół tej sprawy jest tak naprawdę mnóstwo znaków zapytania, wątpliwości i domniemywań. Tylko i aż. Dotyczą one przede wszystkim możliwości przekroczenia uprawnień przez Obajtka w czasach, kiedy pełnił on funkcję wójta Pcimia, a także miał w tym samym czasie rzekomo kierować spółką z o.o. A zatem jeden z chronologicznie pierwszych wątków w sprawie jawi się w niej od razu jako najciekawszy – gdyby faktycznie okazało się, iż pełniąc funkcje urzędnicze Daniel Obajtek równocześnie okazał się być osobą podejmującą strategiczne funkcje w podmiocie gospodarczym, rzeczywiście byłby to problem (dla Obajtka). Jako dowód w sprawie, redakcja GW przytacza nagrane rozmowy Obajtka, znane powszechnie jako „taśmy Obajtka”. Sam zainteresowany jak i sprzyjające mu media, środowiska i komentatorzy, twierdzą, że strzępy prywatnych rozmów nie są wystarczającym dowodem na stawiane mu medialne zarzuty. W tym miejscu oczywiście jest tak, iż każdy na taśmach słyszy poniekąd to co chce usłyszeć – a jako, że nadal, bez względu na władzę i sympatię do tej czy innej prokuratury, mamy domniemanie niewinności – z mocnymi ocenami, przynajmniej teoretycznie, warto byłoby poczekać. Oczywiście do czasu zajęcia się sprawą przez organy ścigania.

Tu jednak też pojawia się pewna wątpliwość.

Te same nagrania, o których mowa w GW, są już bowiem w posiadaniu prokuratury od 2016 roku. Śledczy jednak do tej pory wskazywali, że nie ma na nich podstaw do wszczęcia postępowania karnego w tej sprawie. Wątpliwości natury prawnej chciał zapewne rozwiać sam Daniel Obajtek, składając 17 marca do Prokuratury Krajowej wniosek o przeprowadzenie kontroli tamtego postanowienia krakowskiej prokuratury z 2016 r. – o odmowie wszczęcia śledztwa ws. rzekomego składania przez niego fałszywych zeznań. Jego pełnomocnik chce aby „prokuratura zbadała prawidłowość prawomocnego postanowienia o odmowie wszczęcia śledztwa w tej sprawie [o którym mowa na początku akapitu – przyp. red.], ale także, aby prokuratura przeprowadziła badanie, czy też zleciła wykonanie czynności biegłym, którzy mieliby ustalić autentyczność pochodzenia nagrań, które następnie były szeroko omawiane w mediach”.

Dobrze, że w obronę własnego imienia tak mocno zaangażował się sam Daniel Obajtek. Nic nie jest bowiem tak mocnym powiedzeniem „sprawdzam”, w polityce czy biznesie, jak postawienie na szali własnego imienia. Tym bardziej, iż sam jakoby matecznik prezesa Orlenu – Prawo i Sprawiedliwość, z każdym kolejnym dniem „afery” zdaje się od swojego cudownego dziecka skrzętnie dystansować.

Oczywiście, jest też trochę tak, iż w bieżącej rzeczywistości związek prokuratury ze strukturami bliskimi PiS jest na tyle widoczny, że przeciętnego obserwatora nie dziwi już opieszałość, czy nawet bierność śledczych. Dlatego dobrze się stało, że pełnomocnik Obajtka z takim wnioskiem do Prokuratury Krajowej wystąpił. Z drugiej strony – wobec obecnej aktywności KO trudno przypuszczać, iż w przypadku, na przykład, przejęcia władzy po PiS przez Platformę Obywatelską, sprawa ta nie wróci do kręgu zainteresowań krajowej prokuratury, podlegającej jurysdykcji nowego ministra sprawiedliwości (wedle modelu zaaplikowanego przez Ziobrę).

Bez względu jednak na to, czy wątek łączenia zarządzania Pcimiem z zarządzania spółką z o.o. podlega podejściu „przymkniętego oka” (jak teraz, za prokuratury PiS), czy wnikliwej analizy (jak czyni obecnie Koalicja Obywatelska, powołując do tego nawet swoją specjalną komisję), sprawa ta nosi znamonia przekroczenia uprawnień i zasługuje na merytoryczne dochodzenie.

Osiedle marzeń

 Oczywiście – w całej sprawie prawdopodobnie doszło też do innych rażących oraz kłujących w „obywatelskie” oko czynności lub sytuacji (jak na przykład zaniżenie ceny za metr kwadratowy apartamentowca na Bemowie). Skądinąd wzbudzająca niesmak i zażenowanie sytuacja, w której to deweloper oferuje Obajtkowi nabycie mieszkania po okazyjnej cenie – nie jest ona jednak póki co pochodną bezpośredniego złamania prawa, czy nawet działań o znamionach dumpingu. Sprawę skomentował sam prezes firmy deweloperskiej Profbud, która mieszanie Obajtowi sprzedała, Paweł Malinowski. Wynika z niego, że zasadniczo… firma nie widzi w tym problemu. Istnieje tu pewna nić powiązań, na którą możemy się oburzać i podnosić głos i oczywiście nie jest to uczciwa praktyka na tak wrażliwym polu, jakim jest rynek nieruchomości w Polsce. Czy jednak poza oczywistymi „szkodami moralnymi”, wyrządzono tutaj możliwe szkody rzeczywiste? Tak zwana szkoda rzeczywista polega na zmianie stanu majątkowego poszkodowanego poprzez zmniejszenie zysków albo zwiększenie wobec niego obciążeń. Ustalenie jej wysokości z reguły polega więc na porównaniu majątku sprzed i po zaistnieniu szkody. Do jej ustalenia zatem potrzeba byłoby woli… sprzedawcy nieruchmości. A ten widocznie póki co problemu nie widzi.  

Wątpliwości budzą też inne nieruchomości nabywane przez Obajtka, co stanowi spory kontrast do zarobków, które miał w tym samym czasie notować pełniąc różnorakie funkcje. Warto dodać też, że poza róznicą w faktycznych dochodach Obajtka w czasie gdy nabywał owe nieruchomości (jak np. pensjonat „Zatoka Aniołów” w Łebie) a ceną, za które zostały one nabyte, nadal problematyczna dla tych transakcji pozostaje kwestia ustawy o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne zakazuje prowadzenia działalności m.in. “osobom zarządzającym i członkom organów zarządzających gminnymi osobami prawnymi”.

Wątpliwości zatem jest sporo, samych przypadków poszczególnych transakcji kupna działek i nieruchomości także. A zatem jeśli tak jest – wątpliwości te należy wyjaśniać.

Cieszy zatem poselska aktywność wokół sprawy, która dla obozu rządzącego jest póki co „medialnym” atakiem na wzorowego inwestora i gospodarczego patriotę. Trudno jednak po PiS-ie spodziewać się postawy innej niż odwracanie wzroku i wyciszania sprawy (co ma miejsce w przypadku każdej takiej „afery” dotyczącej kręgów bliskich PiS). Jeżeli sprawa nosi znamona przestępstwa – zawsze należy się jej przyglądać i stosować do tego dostępne instrumenty. Są to jednak procesy czasochłonne, a postępowanie w przypadku spraw majątkowych ciągnie się miesiącami (jak w przypadku Mariana Banasia). Dlatego z ewentualnym ferowaniem wyroków warto jest się wstrzymać, przynajmniej do ustaleń powołanych do badania tej sprawy organów.

Media grają swoje

I dlatego to, z czym aktualnie mamy do czynienia w mediach jest kontynuacją wiatru w żagle Platformy Obywatelskiej, która to wiedzie oczywiście prym w punktowaniu „człowieka wolności” tygodnika Sieci. Wiatru, który jest też skalibrowany, po ogłoszeniu założeń Koalicji276 oraz konwencji programowej PO, na wzrost sondażowego poparcia, oraz na potwierdzenie aktywności PO na nowym polu (tj. tropienie „afer” poprzez częste kontrole poselskie posłów PO). Co ciekawe – de facto na poletku, na którym to właśnie sama PO ucierpiała mocno w latach 2013-2015, przede wszystkim wizerunkowo.

Nośność tego typu historii jest bardzo duża po stronie opozycyjnej – co pokazał przykład choćby z środy, 17 marca, ze wzmożonymi dyskusjami wokół syna Beaty Szydło (który to zresztą wątek zgrabnie łączy się z przytaczanymi tu wątkami „Don Orleone”). Im większa nośność po stronie opozycyjnej, tym mniejsza rzecz jasna po rządowej – to oczywiste. Lecz czy owa nośność po stronie opozycyjnej wynika LUB zwiększa ładunek merytoryczny oraz faktyczny newsa, poza oczywistym ładunkiem emocjonalnym? Niekoniecznie. Kto prześledził dobrze wątek „sprawy” dziecka B. Szydło (czego ja już pozwolę sobie tu nie czynić) ten wie, że przecież nie o jakieś konkretne aspekty samej sprawy chodzi. O fakt może i owszem –  przede wszystkim jednak chodzi tu o fakt, że jest to przecież TEN syn TEJŻE Beaty Szydło.

Z pełną oceną sprawy Daniela Obajtka przyjdzie też zatem poczekać; albo do pierwszych ustaleń zespołów, o których pisaliśmy tu wcześniej, albo do wykrycia kolejnych, „interesujących” transakcji na liście aktywności działań Obajtka na polu inwestycyjnym. Jak się okazuje każdego kolejnego dnia – lista ta nadal pozostaje otwarta. I takie też pozostają póki co zbiory domysłów i możliwych „wyroków” w tych sprawach. Sobą i stabilna pozostaje nadal, jak to u nas, medialna wrzawa. Oczywiście nieproporcjonalna po obu stronach politycznego sporu.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.