Czarne perły Dolnego Śląska

Zapada zmrok, jest wilgotno i lekko mgliście. Dookoła park, który jednakże jest tak rozległy i gęsty, iż wydaje się, że jest lasem, albo w którymś miejscu w niego przechodzi. Ciągnie się dalej za granicą miasteczka na skraju którego jesteśmy i zaczyna otulać pierwsze masywy Gór Sowich.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Jest też i pałacyk, na środku parku. Willa Wolfganga Dieringa z 1904 roku idealnie wpisuje się w nastrój miejsca i moment w którym się w nim znaleźliśmy. Zapada zmrok, z lasu wypełza mgła. Miejsce i pora roku (wrzesień) zdają się być teraz scenerią kręcenia zdjęć nowego sezonu kryminalnego serialu. I to dobrego serialu – bo chłód bijący od parku i mętne okna pałacyku robią na nas naprawdę silne wrażenie.

Klucze do budynku uzyskaliśmy w innym miejscu – budynków należących do całego kompleksu jest tu w sumie kilkanaście (oficjalnie) choć doliczyliśmy się jak dotąd zaledwie kilku (pewnie reszty nie widzieliśmy). Jeżeli w tym budynku nie ma recepcji, a nie ma bo przecież te klucze wzięliśmy z innego miejsca, oznacza to, że spędzimy w nim dziś noc… sami. Patrzymy po sobie – jest w porządku, nie ma się czego obawiać, to tylko duży, stary budynek z początku dwudziestego stulecia; nawet jeśli jest dreszczyk, to mamy atrakcję za darmo – mówię, albo głośno myślę. Jest nas dwoje i chyba tylko ja z tej dwójki jestem tak optymistycznie nastawiony w tym momencie do spędzenia tutaj nocy.

Wnętrze jest całe z drewna, skrzypi pod naciskiem kroków, pachnie starością, jakąś minioną epoką. Gdzieś wyczytaliśmy, że część z wyposażenia budynku pamięta jego początki – dawne czasy, być może lata międzywojnia, być może wczesne lata powojenne. Na pewno zmieniła się większość wyposażenia i dziś jest ona dostosowana do warunków noclegowych. Na pewno jednak autentyczne są okienne witraże, wpuszczające teraz do środka tajemnicze odcienie niebieskości.

Zostawiamy walizki w pokoju i idziemy na obchód budynku – chcemy zobaczyć jego więcej szczegółów, poznać więcej tajemnic. Idziemy do jednej z dwóch sal pensjonatu na pierwszym piętrze zaaranżowanych dziś na pokoje gościnno-wypoczynkowe lat międzywojnia. Stare zegary, gramofon, szachy, stół bilardowy… Rozrywki musiało tu niegdyś nie brakować, myślę, tak jak nie brakuje jej dziś.

Czy jednak aby na pewno rozrywki i czy aby na pewno była ona tutaj kiedyś? Co innego zdają się nam mówić czarno-białe zdjęcia ustawione na kominku, wyglądające na zrobione w parkowej części kompleksu. Dzieci, dużo dzieci, wiele z nich o ponurych twarzach i posępnych spojrzeniach… Jeżeli to faktycznie tutaj, jakie zatem tajemnice kryją wnętrza i ściany tego budynku? Znów patrzymy pytająco po sobie. Po kilku sekundach zastanawiania się i jednoczesnego przyjścia do głowy tego samego pomysłu (pójdziemy na górę i sprawdzimy w internecie bo tutaj nasze komórki mają problem z zasięgiem) nasze skupienie nagle przerywa szarpnięcie firanki. Uff, to był tylko powiew wiatru który wpadł do środka, chociaż wybrał sobie na to niezły moment… Lepiej chodźmy już na górę, zapalmy światła i sprawdźmy. Te dzieci nie dają nam cały czas spokoju.

Rozwiązanie zagadki przychodzi szybko; widocznie nie przygotowaliśmy się właściwie pod kątem historii do miejsca w którym nocujemy. Budynek w którym jesteśmy to dawna willa fabrykancka wzniesiona w 1904 roku. Ten reprezentacyjny budynek stanowił własność dr Wolfganga Dieriga, należącego do rodziny właścicieli, założonych w 1805r. w Bielawie, zakładów ”Christian Dierig”, które do czasów II Wojny Światowej rozwinęły się w największy na Śląsku koncern włókienniczy. Przedstawiciele rodziny Dierig w ogóle byli posiadaczami znacznej części gruntów i obiektów na terenie Bielawy – czyli dolnośląskiego miasteczka do którego dziś przybyliśmy. Po roku ’45 willa wraz z innymi willami i pensjonatami położonymi na terenie kolonii Kamieniczki przystosowana została na potrzeby organizowanego tam prewentorium. Obecnie funkcjonuje tu Hotel „Dębowy”.

Prewentorium to zamknięty zakład zapobiegawczo-leczniczy przeznaczony głównie dla dzieci i młodzieży, zagrożonych jakąś chorobą, najczęściej gruźlicą. I tak też było w tym przypadku – swoisty mikroklimat okolicy, zapewniony poprzez rozległy teren parkowy spowodował, iż miejsce to doskonale nadawało się do leczenia chorób płuc. Dzieci i młodzież z takimi schorzeniami leczono tam aż do 2000 roku (od 1945). Rok później teren został sprzedany obecnym właścicielom, którzy dokonali generalnego remontu całego obiektu, przyczynili się do wpisania kompleksu pałacowo-parkowego do rejestru zabytków i otworzyli Hotel Dębowy.

Taki jest własnie Dolny Śląsk – jest własnościową mozaiką kultur, historii i rodowych tajemnic, z których wojenna zawierucha uczyniła niezwykły i jedyny w swoim rodzaju dorobek architektoniczno-kulturowy w naszym kraju.

Przekonujemy się o tym jeszcze lepiej odwiedzając nazajutrz już o wiele bardziej znaną szerszemu gronu perłę Dolnego Śląska – Zamek Książ. Jest to obiekt imponujący nie tylko ze względu na rozmiar (kilka godzin zwiedzania wszystkich komnat z audiodeskrypcją), czy swoje przeznaczenie i plany, szczególnie w czasie II Wojny Światowej w ramach tzw. Kompleksu Riese, lecz przede wszystkim ze względu na złożoność swojej historii, własnościowe i rodowe zawiłości, całą historię zebraną i zgromadzoną w sobie na przestrzeni kilku setek lat i fakt, że dziś jest on skarbem naszej narodowej kultury. Książ odwiedziłem akurat przy okazji kolejnej z wielu debat w naszej przestrzeni publicznej na temat naszej tożsamości i majątku narodowego – iż należy go zaciekle bronić przed wpływami zachodnich kultur czy nawet ideologii. A czym jest dziś Dolny Śląsk jak właśnie nie tyglem różnych kultur i mozaiką wpływów? Historie to często bolesne i niewygodne, lecz na Książu możemy doskonale przekonać się, że Europa to jedna wielka tożsamość i świadomość kulturalna.

Historia Zamku to opowieść niemal tysiącletnia – możemy sobie wyobrazić jak wiele zagadek, wzlotów oraz upadków twierdza Książ mogła przez ten czas doświadczyć; dlatego do zapoznania się z historią zachęcam osobną drogą, na przykład na portalu Zamki Polskie, ze szczególną uwagą na okres w którym zamek nalżał do rodziny Hochbergów – dla mnie, oprócz jego związków z kompleksem Riese, była to najciekawsza część jego historii.

Do kompleksu Riese nie przejdziemy z Zamku korytarzami wydrążonymi pod ziemią w skałach, lecz wiodą nas tam legendy i opowieści przewodników Zamku – szczególnie te dotyczące planowanych i faktycznych rozmiarów tego projektu. Ogromu pracy oraz istnień ludzkich utraconych w niewolniczych warunkach pracy przy drążeniu tuneli.

Riese (z niem. olbrzym) to kryptonim największego projektu górniczo-budowlanego nazistowskich Niemiec, rozpoczętego i niedokończonego w Górach Sowich oraz na zamku Książ i pod nim w latach 1943–1945. Miała to być jedna z kwater głównych Adolfa Hitlera. Pracę nad projektem przerwała inwazja Armii Czerwonej na tereny Rzeczypospolitej – ale kto wie, jak zakończyłaby się historia obiektu gdyby wojna potrwała dłużej. Dziś wokół projektu krąży mnóstwo hipotez i legend, a jedną z nich są na przykład znane u nas teorie dotyczące Złotego Pociągu.

Pod ziemią, w Osówce, przeszywa nas nie tylko chłód panujący w fortyfikacji (zaledwie 6 st. C) lecz przede wszystkim rozmiar korytarzy, rozmach oraz metody wydobywcze gruzu (wysadzanie skał). Całość jest dziś także opisana licznymi prezentacjami multimedialnymi jakie spotykamy na szlaku zwiedzania. Możemy sobie tylko wyobrazić jak to miejsce wyglądało przez lata nieużytku, kiedy mogło być także odwiedzane przez turystów „na dziko” (nawet sam Zamek Książ niszczał w latach 1956–1967, plądrowany przez okoliczną ludność. Dopiero w latach 1956–1962, Książ zostaje stopniowo zabezpieczany przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków z Wrocławia. Uzupełnione zostają ubytki w drzwiach i oknach na zewnątrz, tak by uniemożliwić włamywanie się na teren obiektu. W tym okresie na Dziedzińcu Honorowym znajduje się wykopany jeszcze przez nazistów ogromny szyb windowy, który zostaje zasypany w 1967 roku). Mamy też szczęście trafić na przewodnika, który po korytażach Riese spaceruje już przeszło dwadzieścia lat – i sam pamięta też czasy kiedy w okolice obiektu podchodził jeszcze „na dziko”, jako mały chłopiec.

Nazajutrz spożywamy pyszne świeże śniadanie, wzbogacone także o produkty z lokalnej pasieki, którą zresztą zwiedzamy po śniadaniu (można odbyć tam godzinne warsztaty praktyczne z pszczelarstwa – gorąco polecam, wystarczy zapytać o to w recepcji hotelu). Jest błogo, wczesna słoneczna jesień, piękny poranek, lecz my wciąż tkwimy z głowami w chmurach II Wojny Światowej, w oparach pyłu skalnego w podziemiach Riese, w powiewach wiatru bielawskiego prewentorium. Dużo w nas emocji i refleksji na temat mrocznej przeszłości regionu. A może ten powiew wiatru, który wpadł przedwczoraj do środka nie był przypadkiem; przecież tamten wieczór był całkowicie bezwietrzny? Może nie wszystkie sowy z okolicznych lasów są tym, czym się wydają? Chyba dość już tych myśli, zostawmy to, czas ruszać dalej. Idziemy zatem na Wielką Sowę (najwyższy szczyt pasma Gór Sowich) – w końcu tyle wrażeń i emocji trzeba teraz jakoś rozchodzić i rozładować…

Waszej uwadze polecam także więcej legend dotyczących Zamku Książ, bardzo nastrojowo przedstawionych tutaj:

https://walbrzych.dlawas.info/historia/zamek-ksiaz-i-jego-trzy-autentyczne-duchy-i-zagadka/cid,17184,a

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.