Czy to już (polityczny) matrix? (rozważania)

Dekadę temu świat zachwycał się "Incepcją" Christophera Nolana. Nie tyle nawet efektami specjalnymi czy fabułą, co oryginalnym scenariuszem oraz wizją zaszczepiania nowej rzeczywistości w już istniejącej.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Jeszcze dekadę wcześniej naszą wyobraźnię i refleksje pobudził Matrix braci Wachowskich – nakręcona z rozmachem trylogia opowiadająca o dyktacie maszyn, którego obecności ludzkość nie jest tak naprawdę świadoma. Alternatywne rzeczywistości pociągały twórców kina i literatury od dawna. W pewnym momencie zaczeły też jednak pociągać także liderów (i komentatorów) politycznych.

Populiści nie tylko doskonale wyczuwają społeczne nastroje, na których to budują swoje narracje alternatywnych, lepszych wizji (światów). Oni sami także doskonale te światy kreują na bazie społecznych lęków, poczucia porażki, rozczarowania, krzywdy i, przede wszystkim, niesprawiedliwości społecznej. Wielkie dyktaty początku XX wieku rodziły się w okowach społecznej, kulturowej i gospodarczej dekadencji. Poczucia zapaści i nieuchronnej katastrofy, z którą Europa i świat mierzyły się tuż po zakończeniu I Wojny Światowej oraz w dobie globalnego kryzysu gospodarczego. Poczucie niestabilności czasów i niepewności jutra wzmagało takie postawy i nurty jak katastrofizm, co bardzo silnie szło w parze z rozwojem dużych europejskich totalitaryzmów takich jak faszyzm i komunizm. Obecne trendy populistyczne też wiążą się z poczuciem niepewności czasów w jakich żyjemy i z wykorzystaniem emocji przy nich powstających – przy okazji kryzysu bezpieczeństwa socjalnego, dyktatu eurokratów, brukselskich czy bezdusznych korporacyjno-kapitalistycznych elit, przed którymi prości i dobroduszni liderzy nas uchronią, budując swoje alternatywne do obecnej globalnej rzeczywistości parapaństewka, jak Białoruś, Węgry, chyba także i, już trzeba sobie to powiedzieć jasno, Polska.

Wszyscy odnosimy wrażenie, ostatnio może nawet i coraz częściej, że PiS lubi igrać z logiką i racjonalizmem. Już nie tylko swoich oponentów, lecz czasem także i własnych wyborców. Zastanawiam się także czasem dlaczego w tej złośliwej ignorancji praw logicznego myślenia biorą udział ludzie, których sam uważam za myślących samodzielnie? Przestaję jednak po dłuższej chwili namysłu po prostu akceptując to jako jeden z faktów, którego mogę za życia zwyczajnie nie pojąć.

Przechodzę już do konkretów: w prorządowej i antyopozycyjnej narracji zwykło się używać trzech następujących frazesów:

  • „Elity III RP”
  • „Opozycja totalna”
  • „Platforma chce, żeby było jak było”

Zacząłem pisać ten tekst z sugestią, iż politycy i komentatorzy kreują nam alternatywną rzeczywistość: stosują na nas swego rodzaju incepcję po to aby umieścić nas w oczekiwanym przez siebie matriksie. Spójrzmy zatem jak na tych trzech konkretnych przykładach PiS poprzez swoją narrację kreuje swoją wymarzoną rzeczywistość i sprawia, że przestajemy widzieć tę istniejąca.

Elity III RP

„Elity III RP” – magiczne hasło-pojemnik, które w dyskursie Kaczyńskiego oraz przyjaznego mu medialnego imperium (Niezalezna.pl, Tygodnik Solidarność, Sieci, Gazeta Polska) reprezentuje kwintesencję zepsucia naszego narodu po PRL. W swej elitarności bowiem owe „elity” przechwyciły gro narodowego majątku po nieboszczce PZPR, trzęsły polską sceną polityczną jeszcze długo po roku ’89, „trzymały władzę”, były zapleczem tworzenia się nowych formacji politycznych (szczególnie SLD i Platformy). O ile oczywiście po roku 1989 nie miał miejsca jakiś nagły i cudowny reset kadr, struktur, zobowiązań, umów, majątków czy zwyczajnych znajomości i rzeczywiście można i nawet trzeba odważnie sądzić, iż PRL nie został właściwie rozliczony, tak fraza ta jest zdecydowanie za mocno nadużywana i projektowana na wszystko z czym pisowskiej myśli i wizji świata nie w smak. Jest to ciągle hasło chwytliwe i pojemne, a przez co ciągle dla konserwatywno-wolnościowego elektoratu (po ’89) wciąż bardzo mocne, lecz z każdym rokiem jego wartość merytoryczna gwałtownie spada. Relikty PRL upłynniły się w przekształceniach, ludzie pomarli, kadry się rozproszyły (niestety, nie wszyscy zbrodniarze i przestępcy zostali osądzeni, ale to już temat na inne rozważania). Polska zmieniła się jako ustrojowa konstrukcja – okrzepła, zmieniła konstytucję, przepisy, unowocześniła się, dostosowała do norm i standardów światowych oraz europejskich (co swoją drogą zaczęło nie podobać się konserwatystom – wobec wymierających wrogów ojczyzny w samej ojczyźnie, należało ich zacząć szukać poza granicami kraju). Aby podtrzymać spójność narracji o żywych wciąż demonach PRL szarpiących za sukmany najjaśniejszą Rzeczpospolitą trzeba było posunąć się zatem o jedno pokolenie do przodu – czas bowiem leci a stare opowieści się dezaktualizują. Dlatego też powstały swego czasu równie chwytliwe i poczytne w narodzie Resortowe dzieci (dwie części, autorstwa m.in Doroty Kani, wydawdnictwo Fronda, 2013 rok) – biografie ludzi działających dziś publicznie, mających rodzinne powinowactwo z członkami KPP, PZPR, Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, oraz SB. Z tezą, iż współczesne media takie jak TVN, Polsat, Polityka czy Gazeta Wyborcza nie powstałyby w takim kształcie (lub w ogóle), gdyby nie owe powinowactwo oraz majątkowa i koneksyjna spuścizna PRL.

Książka wzbudza po dziś dzień mieszane uczucia – zwłaszcza, kiedy bliżej poznaliśmy charakterystyki jej twórców wraz ze zmianą władzy w Polsce. Świetnie wpisuje się ona natomiast w realizowaną przez rząd oraz prokuraturę Zbigniewa Ziobry politykę prześwietlania życiorysów i rodzin. Ponoć przecież sam Jarosław Kaczyński zbiera w teczkach „haki” nie tylko na swoich oponentów, lecz i także i obecnych sojuszników (redakcja Faktu informowała w 2019 roku o teczkach Daniela Obajtka).

Same teczki Kaczyńskiego zdają się być zatem wisienką na torcie i kwintesencją sprawy – czynieniem zła; tego samego, co czyniono niegdyś (w PRL) pod przykrywką czynienia dobra – włącznie z projekcją tego wszystkiego co złe na swoich politycznych oponentów.

Co zatem z samymi elitami? Ano to, że w dzisiejszej narracji Prezes Kaczyński jaki i inni członkowie PiS chętnie wytykają elitarność już nie tylko złogom dawnej epoki jako resortowym dzieciom i dziedzicom legendarnych układów, które Prezes od 2002 roku tropi wraz z Ziobrą, lecz przede wszystkim wytykają oni wszystkim elitarność samą w sobie. “Elitarny” znaczy do szpiku zepsuty i zły – czy to w znaczeniu prawniczym, akademickim, czy, przede wszystkim, politycznym. Elitarność stała się wrogiem prostego ludu, do którego jako pierwszy dotarł PiS i którego przedmiotem tej walki o ochronę ludu nie jest jakiekolwiek pchnięcie go w kierunku jakiejkolwiek elitarności, światłości poglądów czy nowoczesności myślenia, tylko dalsze tkwienie w przekonaniu, że wszelkie elity to zło.

Wszystko to oczywiście w ciągłym odsuwaniu prostego ludu od elitarności oraz systemu naczyń połączonych i układu, który Kaczyński sam zbudował lub budować pomógł – imperia Rydzyka, Obajtka, spółka Srebrna, rodzinne i koleżeńskie koneksje na poziomie SPP i ich organizacji, nepotyzm, którego było już w pewnym momencie tak dużo, że prezes sam na ten temat musiał już przemówić do swoich. Skąd więc bowiem prosty lud ma czerpać wiedzę na ten temat? Przecież nie z TVP, która na ten temat milczy. Z TVN, Polsatu, czy Polityki nie zaczerpnie – bo przecież to resortowe dzieci. Znikąd zatem. Tematu nie ma. Możemy żyć dalej bez tej wiedzy.

Opozycja totalna

Niefortunne hasło Grzegorza Schetyny, które do opozycji przykleiło się w rządowych mediach jak guma do podeszwy; z tą różnica, że gumę jeszcze jakoś z podeszwy da się usunąć. Opozycja strzelała sobie konsekwentnie tym hasłem w kolano pokazując dobitnie, iż nie można tego typu retorycznych zapędów zostawiać przestrzeni mediów publicznych, które bowiem wykorzystają każdą okoliczność przeciwko politycznym adwersarzom.

Rządowe media jak i sami politycy PiS jak mantrę powtarzają zatem owo niefortunne hasło przy każdej okazji, nawet wtedy, kiedy racjonalnie zdawałoby się nie ma okazji do atakowania politycznych przeciwników (rocznice, promocje własnych projektów, trudne społecznie tematy jak imigracja). Szczytem kreatywności były dla mnie ostatnio słowa prezydenta Dudy, który ową „totalność” ochoczo przypisywał Jarosławowi Gowinowi, wręczając mu dymisję. W swej kreacji opozycji totalnej – projektowaniu na nią wszystkich cech obozu totalnego, PiS w swej narracji stał się totalny i odporny na wszelkie interakcje płynące z zewnątrz, zamykając się w korowodzie własnych pomysłów i przekonań (patrz: tweet Kazimierza Smolińskiego z PiS, w którym wyraża on swą radość z powodu tego, iż rząd Zjednoczonej Prawicy dopiero teraz będzie mógł realizować swoje ambitne projekty – kiedy w Zjednoczonej Prawicy nie ma już Gowina).

Totalność nie jest już zatem jedynie wielkim projektem „reform” obejmujących różne dziedziny życia: gospodarkę, przemysł, finanse, szkolnictwo czy sądownictwo. Totalność obozu rządzącego objawia się przede wszystkim jego coraz bardziej nikłymi zdolnościami negocjacyjnymi (które i tak zawsze były ograniczone), całkowitym zanikiem społecznego słuchu (poza słuchaniem własnego elektoratu, lub własnych, wskazanych przez siebie nadawców komunikatów), ostentacyjne manifestowanie międzynarodowej niezależności i prężenia muskułów. Oczywiście – także i tu są pewne granice, których Zjednoczona Prawica jak dotąd nie przekraczała, lub cofała się, kiedy na stole leżały pieniądze. Tak bywa w historiach rządowych przepychanek z Komisją Europejską. Jak wiemy, w tym momencie rządowym „być albo nie być” jest głównie Polski Ład – dlatego też w obrębie tej opowieści o miliardach płynących do Polski PiS szczególnie pilnuje aby rządowa propaganda była szczelna i jednomyślna. Dlatego krytyka tego projektu przez Gowina przelała czarę goryczy – choć jak wiemy Gowin stawiał się Kaczyńskiemu już od co najmniej roku. To dlatego też na tym polu rozstrzygną się istotnie dalsze losy rządowej większości – bowiem drugi z koalicjantów, Solidarna Polska, swego „totalnego” kursu w stosunku do mechanizmu „pieniądze za prawodządność” zmieniać nie zamierza. Jeszcze rok, czy pół roku temu spacyfikowanie Gowina wydawało się zadaniem prostszym niż pacyfikacja Ziobry. Historia pokazała jednak, że karty mogą się ułożyć zupełnie inaczej.

Platforma chce, żeby było tak jak było

Hasło tak naprawdę najbardziej puste ze wszystkich wymienionych – w rządowej propagandzie jest ono głównie straszakiem na Platformę, której możliwy powrót do władzy oznaczałby cywilizacyjną i społeczną cofkę do lat 2011 – 2015. Jest to propagandowa opowieść szczególnie niskiej próby – każdy bowiem choć trochę śledzący politykę lub historię wie, iż nie ma w gospodarczym i społecznym wydaniu powrotu do jakichkolwiek czasów minionych. Ponadto – w narracji prorządowej miałoby to oznaczać cofnięcie takich reform jak 500+, zatrzymanie reformy „kasty”, czy ponownie wyprowadzanie pieniędzy przez karuzele VAT. Siła tego przekazu (o ile w ogóle można mówić o jego jakiejkolwiek sile) polega chyba jedynie na ciągłym powtarzaniu tego pustego jak się rzekło hasła. Co ono ma bowiem oznaczać? Natychmiastowe cofnięcie programu 500+, który wyborczo jest „nienaruszalny” i ewentualne nawet dyskusje nad jego zniesieniem byłyby zamknięciem sobie drogi do realnego myślenia o zdobyciu władzy? Zezwolenie na przestępczą działalność? Nawet jeśli wpływy z uszczelnionego VAT po roku 2015 rosną, nikt przy zdrowych zmysłach, oraz społecznej uwadze kierowanej przez media PiS w tę stronę przez ostatnie 6 lat, nie pozwoliłby na zaniedbanie monitoringu ściągalności podatku od wartości dodanej.

PiS jednak od pewnego czasu niczego nowego już wymyślić nie może – ani w temacie porywających programów społecznych (Polski Ład krytykują nawet sprzyjający władzy komentatorzy), ani w temacie kreowania nowych wrogów narodu. Doraźnie są to ekolodzy, czy na przykład nauczyciele, lecz głównym nurtem są tu wciąż imigranci, obywatele LGBT+ czy wspomniane już mityczne "elity".

Co więcej – PiS, usilnie przekonujac a wręcz strasząc ludzi wariantem innym aniżeli rządy Zjednoczonej Prawicy, w swojej narracji samo przekonuje, iż chce aby „było tak jak jest”. Nie bacząc na liczne apele lub sugestie dotyczące innej polityki oświatowej, klimatycznej, czy choćby – prorodzinnej (500+ względem zatrzymania problemów demograficznych jest przeciwskuteczne). Zdaje się więc, iż kolejny zarzut formowany pod kątem formacji opozycyjnych jest następnym przykładem projekcji definiowanej patologii na innych, a w rzeczywistości uprawianiem tej samej patologii przez obóz własny.

Incepcja nowej rzeczywistości? Czy już żyjemy w Matrixie?

Plan Kaczyńskiego na dojście i utrzymanie władzy od początku był genialny w swojej prostocie: wskazać społeczne patologie, zdefiniować wrogów, pokonać ich i utrzymać władzę. Jako, że jednak utrzymanie władzy okazuje się być najtrudniejszym z wymienionych etapów – dobrze byłoby mieć te nierozliczone sprawy oraz wrogów wciąż na pęczki – tymczasem z biegiem czasu są to zbiory coraz bardziej zamknięte. Polska odsuwa się w czasie od PRL, a nawet od tak zmieszanych z błotem, jeszcze wciąż niedawnych rządów PO-PSL; a przez to samemu dyskursowi PiS coraz trudniej jest budować logiczne związki przyczynowo-skutkowe w czasie z tymi epokami, przez co momentami trzeba się już silić na oczywiste absurdy. Jeszcze w latach 2002 – 2005 chwytliwe hasła o rozbijaniu układów i przywróceniu w Polsce rządów prawa mogły zaciekawić i przekonać do siebie nowoczesnością. Dziś, po latach 2015 – 2021 oraz okresie całkowitego opadania masek, wiemy doskonale co kryje się za tropieniem układów oraz likwidacji patologii – kreowanie nowych w miejsce starych. W tym wydaniu wciąż zatem tkwimy w dziedzictwie III RP, tak przez narrację PiS wyszydzanym i piętnowanym.

Podobnie jest z opowieścią o dekomunizacji – w pierwszej dekadzie XX wieku, w cieniu afer rządów SLD – UP był to program naprawczy nader atrakcyjny i miły dla ucha. Zwłaszcza gdy rodzącej się wtedy strukturze kadrowej dzisiejszej Zjednoczonej Prawicy z nieba spadła Afera Rywina. A już wobec faktu, iż jednym z jej niejasnych bohaterów okazał się być Adam Michnik, ze swoimi być może nie do końca zrozumiałymi i zrozumianymi intencjami, konserwatywna prawica dostała potężne oręże narracyjne na lata (o prezentach od losu piszę poniżej). Dziś jednak motyw dekomunizacji jest już w oficjalnych rządowych komunikatach niezbyt obecny – zwłaszcza w świetle faktu, iż jedną z twarzy pisowskiego wymiaru sprawiedliwości jest pezetpeerowski prokurator, a same pisowskie metody zarządzania informacją i komunikacją są jakby z poprzedniej epoki wyjęte żywcem.

Dziś takimi prezentami od losu dla władzy i jej mediów są sprawy lex TVN, sytuacji w Afganistanie oraz dramatu uchodźców na polsko-białoruskiej granicy. Wobec zastoju w przemyśle pogardy przy deficycie nowych surowców do produkcji kolejnych zmanipulowanych opowieści, wymienione wyżej przypadki przyniosły PiS i sprzyjającym władzy mediom nowe zasoby i pomysły. Nasze stosunki z USA podważa się u nas bowiem już od ostatniej zmiany prezydenckiej władzy za oceanem. Nasze wzajemne biznesowe relacje zaczęto kwestionować już w krytycznym momencie sporu wokół nowelizacji ustawy o KRRiT (który to moment jeszcze w sumie trwa). Po inwazji Talibów na Kabul dla prorządowych mediów okazało się, że Stany są obecnie jednym z łatwiejszych celów ich rozważań i bajań – no bo co to niby za mocny sojusznik, skoro przez 20 lat nie zrobił porządku w takim kraju jak Afganistan? Może tak naprawdę nie trzeba bać się konsekwencji lex TVN tylko robić swoje? A może oni tylko tak pohukują, jak Komisja Europejska i TSUE w sprawie Izby Dyscyplinarnej? A może w ogóle rozważmy polexit (Ziemkiewicz)? Dla wskrzeszenia innych „strachów” idealnie pasuje obecna sytuacja na polskiej granicy – w której to cała prawicowa gawiedź zachowuje się tak, jakby na naszej wschodniej granicy stała już armia uzbrojonych po zęby Talibów.

Incepcja alternatywnych rzeczywistości trwa zatem u nas w najlepsze. Skoro plan Kaczyńskiego na zdobycie władzy w Polsce był tak prosty (zdefiniowanie wrogów i utrzymanie ich przy “narracyjnym” życiu), pokonanie Kaczyńskiego również powinno być z czasem coraz prostsze. PiS bowiem swoje patologie zdefiniował i objawił nam sam; do pobieżnego wglądu do nich nie trzeba komisji śledczych, podsłuchów w restauracjach, czy dziennikarskich śledztw. Za to strachy PiS -u na innych albo powoli się starzeją i dezaktualizują, albo kompromitują się same, z pomocą “niezależnych” dziennikarzy.  

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.