Czy zjednoczona opozycja ma (teraz) sens?

Odkąd w politycznym rejestrze pojawiło się hasło „zjednoczona opozycja”, niemal z miejsca zaczęło elektryzować umysły wielu wyborców zainteresowanych zmianą władzy w Polsce. Szybko okazało się jednak, że w tej ekscytacji jest jedna ciekawa zależność – elektryzuje ono tym bardziej, im wajchę nastawienia i poglądów mocniej przesuniemy w stronę „anty-PiS”.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zjednoczenie – trudno o szczytniejsze hasło oraz modus operandi w dobie kryzysu. Polacy tak mają i to znają, przynajmniej w teorii. Kiedy dzieje się coś złego, na kłopoty zjednoczenie.

Swego czasu uznano, ustami i oczami komentatorów oraz niektórych polityków, że zjednoczenie jest formułą pozwalającą odsunąć od władzy PiS, gdyż będzie ono jedynym skutecznym orężem słabej opozycji w walce z wciąż silną autokratyczną władzą, w obliczu wyborczego filtra jakim jest proporcjonalny system przeliczania mandatów, nazwany od nazwiska matematyka z Belgii, Victora d’Hondta.

Od tego czasu (mniej więcej od lata 2021), d’Hondt stał się u nas elementem dyskusyjnego szantażu (w ujęciu zjednoczenia opozycji jako jedynej formuły zdolnej dać jej tyle mandatów ile potrzeba by wygrać zgodnie z proporcjonalną metodologią), a samo hasło „zjednoczona opozycja” wezwaniem już nie motywującym czy mobilizującym, a wręcz karcącym i przywracającym do porządku. No bo kto nie chce się jednoczyć, z tym jest jakiś problem, nie z ogółem. Ogół wszak nie lubi samolubów. Hasło „zjednoczona opozycja” zaczęło zatem tracić na szlachetności idei i stało się elementem politycznych targów i słownych przepychanek w mediach społecznościowych.

Poniżej prezentuję zatem krótki komentarz do dyskusji o zjednoczonej opozycji z kilku perspektyw obecnych w naszym politycznym dyskursie.

Mit węgierski

Ideę zjednoczonej opozycji umocnił w Polsce fakt, iż z takim zjawiskiem mamy aktualnie do czynienia na Węgrzech. Biorąc pod uwagę widoczne analogie między politycznymi układami sił w obu państwach szybko zorientowano się, że podobna sytuacja powinna być kuszącą ofertą dla partii opozycyjnych także i w Polsce a nasza rodzima opozycja powinna do takiego ruchu dojrzeć i wykazać się mądrością etapu (kiedy nie ma już czasu na „czekanie na efekty” polityki PiS, wolne sądownictwo zostalo posłane na deski, jego los niemalże podzieliły wolne media itp.).

Na poziomie ogólnej odezwy idea brzmi górnolotnie (zwłaszcza biorąc pod uwagę liczne sondażowe próby liczenia potencjalnych mandatów uzyskanych przez wspólny blok opozycyjny w opraciu o dane dotyczące aktuanego poparcia) i szaleństwem byłoby takie rozwiązanie kwestionować (co zresztą jest głównym zarzutem piewców tego pomysłu). Problemy uwidaczniają się jednak na poziomie szczegółów.

Na Węgrzech opozycja swym zakresem obejmuje niezwykle rozległą ideologicznie połać: od Koalicji Demokratycznej i liberalnego Momentum, poprzez ekologiczne Polityka Może Być Inna (LMP) , Węgierską Partię Socjalistyczną (MSZP) oraz lewicową, „zieloną” partia Dialog aż po nacjonalistyczny Jobbik (który w czerwcu 2021 poparł ustawę anty-LGBTIQ+, forsowaną przez Fidesz). U nas podobny krajobraz nie jest możliwy; wilczy bilet od demokratycznego obozu, który na opozycji dyktuje warunki (media i kręgi skupione wokół Koalicji Obywatelskiej) z góry otrzymała Konfederacja, niepasująca ideologicznym zapleczem i profilem do idei proeuropejskiego bloku progresistów. Ważą się także losy Lewicy, której opozycyjność dość jednoznacznie kontestuje Donald Tusk. Po różnego rodzaju przygodach z obozem rządzącym do tego grona nie zaliczymy jednak także i Porozumienia Jarosława Gowina oraz wątłych czterech aktualnie szabel (wraz z równie wątłym 1% poparcia) formacji Pawła Kukiza.  

„Opozycyjność” zostaje zatem wewnętrzną sprawą Koalicji Obywatelskiej, PSL oraz Polski 2050. Nawet przy odrzuceniu wszelkich sporów wynikających między tymi trzema ugrupowaniami, trudno przewidzieć jak na tak „zjednoczoną” opozycję zareagowałaby (wciąż) Zjednoczona Prawica. Mimo ewidntnych pęknieć i wewnętrznych tarć, w takiej sytuacji należałoby brać pod uwagę wszystkie wychylone na prawo polityczne siły; przede wszystkim Konfederację jako potencjalnego koalicjanta zagrożonej utratą władzy prawicy. Mimo częstej krytyki poczynań obozu władzy przez to ugrupowanie trudno wyobrazić sobie by Konfederacja była niezainteresowana współudziałem we władzy lub przyszłej koalicji w razie widma porażki prawicowego sznytu w tożsamościowym sporze trwającym w naszym kraju. W końcu przecież Konfederację do Sejmu wyniosło to samo konserwatywne pospolite ruszenie, które dało tak rozległą władzę PiS… Liczenie szabel będzie istotne zarowno dla „totalnej” liberalnej opozycji jak i „totalnej” prawicowej władzy. Nie mówiąc już o mobilizacji prawicowo-konserwatywnych wyborców zainteresowanych przedłużeniem trwania u władzy „strażników” narodowego majątku i tożsamości. Zwłaszcza w perspektywie wzrostów cen energii oraz materiałów wynikających z postępującej transformacji.

Sondażowa przewaga opozycji węgierskiej nad Fideszem wynika z jeszcze jednego istotnego uwarunkowania: na Węgrzech członkowie Zgromadzenia Narodowego (jednoizbowy parlament Węgier) wybierani są za pomocą dwóch metod; 106 deputowanych w okręgach jednomandatowych w drodze głosowania w pierwszej kolejności, pozostałych 93 deputowanych wyłanianych jest w jednym ogólnokrajowym okręgu wyborczym za pomocą ordynacji proporcjonalnej.

Jest to istotna róznica dająca przewagę poszczególnym listom grających na poszczególnych kandydatów w danych okręgach. W obecnej sytuacji w naszym kraju nie ma zgody co do słuszności takiego założenia tutaj. Przy stałym spadku notowań partii rządzącej (co zakłada chyba każde ugrupowanie na opozycji), sytuacja będzie jednak zmierzać u nas ku „normalizacji” (sytuacji niejako sprzed 7-8 lat, gdy każde ugrupowanie liczyło na siebie i nie podejmowano prób aż tak szerokiego jednoczenia szyków; aż do zjednoczenia prawicy). W sytuacji gdy partie opozycyjne będą miały realne szanse na dobry wynik w wyborach idee łączenia się w bloki upadną same z siebie i tradycyjnie odzyskają sens w przypadku rozmów koalicyjnych.

Prawica też się przecież zjednoczyła by odbić władzę...

No właśnie – wątek poruszany już w akapicie powyżej. Skoro Jarosław Kaczyński skonsolidował swego czasu konserwatytwne umysły wokół projektu Zjednoczonej Prawicy, dlaczego tego manewru miałby nie powtórzyć obecnie z opozycją na przykład Donald Tusk? Z każdym rokiem rządów Zjednoczonej Prawicy widać było gołym okiem, iż pomysł ten zawiązano przede wszystkim w celu zdobycia władzy (zbudowania na prawicy jak najszerszego poparcia) i utrzymania jej. Koszty obsługi tego układu są jednak po tym czasie ogromne, a w całym tym procesie zapomniano o jednym: o sprawnym zarządzaniu poszczególnymi aparatami państwa jak edukacja, służba zdrowia czy wydatki publiczne, mimo mówiącej o czymś zupełnie innym rządowej propagandy. Jeżeli opozycja miałaby przystąpić do kolejnej kampanii „zjednoczona”, dobrze byłoby aby owo zjednoczenie polegało przede wszystkim na spójnej wizji, uprzedniej zgodzie w kwestiach światopoglądowych oraz programowym uzuzpełnianiu się w perspektywie najbliższych 10 – 20 lat. W przeciwnym razie owo „zjednoczenie” pozostanie jedynie zwrotem ze słownika politycznego marketingu i nie zrobi ono żadnej oczekiwanej i potrzebnej nam wszystkim różnicy.

Nieufność wyborców do opozycji

W grudniowym sondażu IBRIS dla Rzeczypospolitej zobaczyliśmy, że w powszechnym mniemaniu opozycja nie jest aktualnie przygotowana do przejęcia władzy – taką opinię wyraziło aż 63,6% respondentów przy zaledwie 25% twierdzących inaczej. Problem ze sprawczością opozycji oraz jej oceną jest powszechnie dużym znanym zjawiskiem. Z punktu widzenia naszych rozważań znaczenie ma jednak fakt, iż często nieco mylnie stawia się znak równości pomiędzy skutecznością bloku opozycyjnego a faktem jego zjednoczenia. Tym bardziej w kategoriach myślenia w stylu: „najpierw się dogadajmy i odsuńmy od władzy PiS, na programy i programowe debaty przyjdzie czas po wyborach”

Opozycja straciła wiarę wyborców w swoją sprawczość „podzielona” i tak też powinna ją odzyskać. Poszczególne ugrupowania winny zaktualizować swoje programy na podstawie zmieniającej się rzeczywistości, pokazać własne wyliczenia i taką formułą przygotowywać mentalność swoich elektoratów do gotowości do przejęcia władzy. Wiara, iż samo zjednoczenie opozycji będzie kamieniem węgielnym pod budowę przyszłego, suwerennego i niepisowskiego państwa jest nieco naiwna, a sam koncept skazany na rozmycie w i tak już mętnej wodzie (patrz kolejny akapit).

Wojna na górze 2.0?

Obecna sytuacja przypomina nieco tę z początków transformacji i z jednego z istotniejszych momentów przełomu ’89, a przynajmniej kluczowego do zrozumienia zjawisk dzisiejszych. Antykomunistyczna opozycja „wykonała zadanie” jedynie połowicznie – naciski a w konsekwencji odsunięcie PZPR od władzy było sukcesem połowicznym o tyle, iż nie doprowadziło do przekonującej drugiej fazy transformacji (czyli: długotrwałego utrzymania władzy po jej przejęciu), czego dowodem był konflikt, który zresztą wisiał w powietrzu już od I połowy lat osiemdziesiątych. W Solidarności także trzeszczało od różnicy zdań co do kształtu i sposobu przejęcia władzy (czyż tego typu spory nie są solą demokracji?) a tzw. wojna na górze między Lechem Wałęsą a gabinetem Tadeusza Mazowieckiego była tego doskonałym przykłdem. Co ciekawe, linia tamtego konfliktu również przebiegała wzdłuż osi prawo – lewo (z medialnymi generałami dwóch przeciwnych obozów w osobach Adama Michnika oraz Jarosława Kaczyńskiego. Brzmi znajomo?) i dotyczyła tych samych tożsamościowych kwestii co dziś: czy Polska ma być bardziej nowoczesna, czy tradycyjna? Bardziej proeuropejska czy narodowa? Nie wspominając już o tym, iż skutkiem tamtego podziału była powolna ewolucja partyjnych przodków PO i PiS, które wzięły ostatecznie władzę od postkomunistów w 2005 roku.

Podobny rozłam mógłby uwypuklić się w naszym przypadku dziś. PiS tylko pozornie zaanektowało cały dorobek prawicy w Polsce, będąc w wielu przypadkach prawicową hybrydą, paraprawicą, quasi prawicą, patoprawicą, prawicą fasadową. Podział na PiS i anty-PiS nie oznacza bowiem, iż pewne wartości konserwatywne nie istnieją po tej drugiej stronie. Nie ma też żadnej gwarancji, iż różnice na polach ideologicznych nie powrócą już po zjednoczeniu opozycji i przejęciu władzy i nie odegrają roli demonów z przeszłości, jak to było w przypadku dziedzictwa NSZZ Solidarność.

 

Zjednoczenie opozycji to wciąż aktualne hasło i ma ono szansę na swoją autorską, nowoczesną realizację. Jeżeli im bliżej do wyborów z sondaży nadal wynikać będzie, iż zgodnie z metodologią d’Hondta będzie ono sprzyjać dobremu wynikowi wyborczemu, warto będzie do tego pomysłu wracać i próbować go wdrażać. Dziś wydaje się jednak, że bez odkrycia programowych kart a także wyczerpujących negocjacji (zarówno za zamkniętymi drzwiami, jak i w formie debat w mediach) o takim scenariuszu nie ma na razie co marzyć.

A pierwsza okazja na takie rozmowy najprawdopodobniej już 21 marca.  

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.