Dobry wspaniały świat (rozważania)

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Żyjemy na pełnej petardzie. Skołczowani przez doradców, wytrenowani i dietetycznie doedukowani przez specjalistów w tym zakresie – personalnych trenerów i dietetyków. Często z dokładnie opisaną liczbą kalorii oraz pudełek w których jest owa dieta nam dostarczana. Poinstruowani przez influencerów, szafiarki, mentorów, różnego rodzaju mamy Thermomix, mamy ginekolog, kardiolog, proktolog (nie ironizuję ad personam – sam śledzę profil Nicole Sochacki-Wójcickiej, znanej w sieci jako mamaginekolog, na Instagramie oraz sam zakupiłem kilka rzeczy z jej firmy). A to wszystko coraz częściej na wyciągnięcie ręki – już nawet nie w TV czy na stronie internetowej – ale po prostu w mediach społecznościowych. Na lajwach, relacjach, streamach… Wszędzie. Możemy dużo. Możemy coraz więcej. Ale dlaczego nie, sami przecież zarabiamy więcej a sam świat tak się właśnie rozwija, w takim a nie w innym kierunku.
 
Stać nas. Nas samych ale i przecież także ten szybko rozwijający się cyfrowy świat. 
Olga Tokarczuk pisze, że kiedyś było inaczej – że kiedyś “żyliśmy w świecie otwartym dla wyobraźni*”, w świecie gdzie, ogólnie rzecz ujmując, inaczej konsumowaliśmy. Siłą rzeczy – bo przecież mieliśmy mniej do dyspozycji. Nie chcę przez to napisać (Tokarczuk przecież też nie), że mniej znaczyło lepiej. Chcę tylko zwrócić lekko uwagę na konsekwencję tego stanu rzeczy i zadać kilka pytań. 
 
Dziś mamy zatem wszystko w zasięgu tak naprawdę ręki i jednego logowania do sieci. “Świat mieści się w obrębie naszego kalendarza i zegarka. […] W ciągu trzech dób można znaleźć się wszędzie, gdzie się chce. […] I jakoś nie wiadomo kiedy nasze życie zostało sprowadzone do nabywania nowych dóbr, zamawiania nowych usług z niewyczerpanej oferty.” Istotą jest “deliberowanie nad markami szminek, gadżetów, perfum, ubrań, samochodów, tosterów” i to samo dotyczy dóbr intelektualnych. Mamy bowiem wszędzie mnogość i bardzo duży dostęp cyfrowy do w zasadzie wszystkiego co chcemy – filmów, seriali, literatury, publicystyki, opiniotwórczości. Tak duży, że jak to się przyjęło mówić – potrzebowalibyśmy jakiegoś drugiego (równoległego) żywota, żeby sobie tego wszystkiego posmakować. 
 
Przestrzenie zatem się spłaszczyły, odległości zmalały, a czas (oczekiwania) skrócił – bo możemy to wszystko osiągnąć tak naprawdę z poziomu naszego smartfona. Czy jednak taki stan jest rozwiązaniem i konfiguracją, która wyłącznie nas uszczęśliwia? 
 
Sam przecież kult “papierowej” książki i jej przewaga nad wydaniem cyfrowym mówi wiele o nas samych – że wciąż w nas dużo z romantyków i konserwatystów, mimo oczywistego kierunku szeroko rozumianego rozwoju i globalizacji ku wartościom nieco innym niż romantyzm i konserwatyzm. 
 
W ogóle mam z Olgą Tokarczuk pewien problem – ilekroć czytam jakiś jej tekst (nie literaturę, a esej lub inną publicystykę, np. tekst jej przemowy noblowskiej), często czuję w tych tekstach jakiś ból istnienia. Wybrzmiewa mi z nich jakiś zarzut pod adresem ludzkości, jakaś reklamacja aktualnej rzeczywistości, czy to pod adresem świata, tempa zmian, ekologii, przemian politycznych, czy na przykład kondycji czytelniczej społeczeństwa, jakości literatury, jej kierunku rozwoju itp. Czy słusznie? Nie wiem, może się mylę. Ale gdyby przyjąć tezę, że głos noblistki jest w jakimś sensie pokoleniowym głosem tej cywilizacji, zgodzimy się, że przecież może tak być. Albo, że jest w tym naszym “cudownym” świecie sporo tego na co możemy poutyskiwać.
I rzeczywiście – o ile postęp, rozwój i kierunek zmian generują spore koszty uzyskania “przychodu” (czyli poprawienia ogółem naszego poziomu życia, podnoszenia różnorakich poprzeczek, ogólnie rozumianego poziomu, a już najkrócej mówiąc – osiągania przez naszą cywilizację szczęścia), to czy jesteśmy rzeczywiście szczęśliwsi? Czy świat jaki współtworzymy i sobie organizujemy czyni nas szczęśliwszymi? Czy jest dobrym miejscem do szczęśliwego życia? Bo chyba zgodzimy się co do tego, że jednym z najbardziej uśrednionych i oczywistych celów nas wszystkich jest szczęście – bez względu na to, czy jest to zdrowie, bogactwo, lepsza praca, czy lepszy związek. 
 
Owszem, wszechobecna digitalizacja oraz tania elektronika wyrównują szansę, gwarantują szerszy dostęp i wybór, a zatem możemy założyć, że uszczęśliwia nas ten fakt bardziej aniżeli nam to szkodzi (kiedyś kupno telewizora było wydarzeniem dla całej rodziny; w wielu przypadkach, dla przeciętnej rodziny polskiej klasy średniej w latach, dajmy na to, dziewięćdziesiątych, wiązało się to z wyłożeniem znacznej części miesięcznych zarobków lub kilkumiesięcznych oszczędności. Dziś, dla tej samej klasy średniej, zakup nowego telewizora czy nawet smartfona nie jest już takim wyzwaniem). W skali mikro jest zatem dobrze. Coraz lepiej. A w skali makro?
 
Digitalizacja i automatyzacja powodują nieodwracalne zmiany na rynku pracy. Już na początku poprzedniej dekady dostrzeżono wyzwania związane z tym trendem. W 2013 roku opublikowano analityczny raport The Future of Employment, w którym autorzy podjęli się próby wyliczenia prawdopodobieństwa z jakim różne zawody zostaną w pełni zastąpione algorytmami, automatyką lub robotyką. Z badania wynikło, że 47% wszystkich branż jest w grupie wysokiego ryzyka (a zatem grozi im “całkowite wyginięcie”). Do 2033 roku pracę może stracić na przykład: 97% kelnerów, 88% robotników budowlanych, czy 94% asystentów w kancelariach prawnych. Oczywiście – to tylko badanie. Możemy przytoczyć inne, a każde z nich może za te 12 lat pomylić się w rachubie. Ale trend jest widoczny i odczuwalny już, tu i teraz. I z każdym rokiem będzie taki coraz bardziej, a ryzyko wzrastać będzie wykładniczo wobec właśnie klasy średniej.   
Owszem, mamy kapitalizm bo tego chcieliśmy – wyszarpaliśmy i wywalczyliśmy sobie go jako naród (jako, że nie dane nam było go sobie spokojnie wyhodować) i dziś, po 30 latach od transformacji, komuna napawa nas nie mniejszym obrzydzeniem niż kiedy uważaliśmy, że bez sentymentu ją żegnaliśmy (oczywiście – sentyment był, ale nie o tym jest ten tekst). Czy jednak nie patrzymy z niepokojem na powiększający się globalnie dystans dzielących najbogatszych i najbiedniejszych? W świecie polityczno-gospodarczych zależności, gdzie coraz częściej jedynym środkiem wyrazu naszego buntu i sprzeciwu jest wyrażenie oburzenia? Do Mundialu w Katarze został jeszcze grubo ponad rok a już impreza pod egidą FIFA kosztowała życie 6 tysięcy robotników, którzy ponieśli śmierć w arcytrudnych warunkach pogodowych, przy budowie infrastruktury. Co jeszcze możemy z tym zrobić jako świadoma, wykształcona, liberalno-demokratyczna ludzkość? Co jeszcze możemy zrobić z azjatyckimi obozami pracy do wytwarzania dóbr niezbędnych naszym czasom?
 
To jest właśnie nasz koszt uzyskania przychodu –  czyli uzyskania przez naszą cywilizację (oczywiście jej część) względnego szczęścia. 
 
A politycznie? Chcieliśmy demokrację, ale demokracja płata nam figle i zdaje nam się, że bywa niewdzięczna, dając nam czasem na wiele lat rządy populistów i wywrotowców dawnych “porządków”, z którymi potem nie umiemy sobie poradzić. Nie radzimy sobie może zatem bardziej sami ze sobą, a zatem i przez to z tą niewdzięczną demokracją? A może wobec tego demokracja też się już trochę zużywa? Czy jednak takie występki historii i figle są może jednak jej istotą i tak miało w sumie być?
 
Demokracja i kapitalizm niosą ze sobą to ryzyko, że po prostu ponosimy czasem koszty ich obsługi, kładąc tym samym na szali obywatelskie wartości, tracąc wolne sądy, czy oddając wolne media. Tak miało u nas chyba być. A przynajmniej to się mogło wydarzyć. I wydarzyło się. 
 
Może zatem sama liberalna demokracja i kapitalizm nam się już trochę nudzą i trochę nas męczą jako społeczeństwo? Bo jednak chcemy i potrzebujemy, w tym coraz dynamiczniejszym świecie, dziejowego eksperymentu oraz wolnego rynku ale jednak za jakiś czas znów będziemy chcieć być “blisko domu” jakim jest państwo opiekuńcze? Bo może jednak ten kapitalizm i wolność są fajne, byle nie za długo i nie za mocno, bo jednak czujemy się wtedy jakbyśmy faktycznie oddalili się zbyt daleko od przytulnej jaskini i ciepłego ogniska? Z badania “Polityczny cynizm Polaków” (analiza dokonana przez fundację “Pole Dialogu” zajmującą się wyborami Polaków i ich poglądami na kluczowe sprawy polityczne i społeczne) wynika, iż wciąż nie do końca ufamy sami sobie w sferze socjalnej i czujemy się lepiej, kiedy zostawiamy przestrzeń do decydowania państwu w wydatkowaniu naszych (publicznych) pieniędzy w obszarach takich jak: edukacja, opieka zdrowotna, polityka społeczna. Lampka zwana “bezpieczeństwo socjalne” zapala się nam dość często w perspektywie rosnących cen (żywności, nieruchomości), dzikiej deweloperki, czy zerowego praktycznie oprocentowania kredytów.

Slavoj Žižek nazywa to “kapitalistycznym komunizmem” – sytuacją, w której prędzej czy później państwa są i będa zmuszane do wprowadzania planowania i kontrolowania przepływu kapitału w sposób (choćby i częściowo) centralnie zarządzany, aniżeli w pełni uwolniony. Ogólnie rzec biorąc (nie licząc opinii skrajnych) zgadzaliśmy się bowiem na pandemiczne obostrzenia i nawet zamykanie danych sektorów gospodarki. Czy jednak, jako społeczeństwo potrzebujące poziomu życia i warunków na jakich został on osiągnięty, zgadzaliśmy się, z wolnorynkowego punktu widzenia, na zarzynanie biznesów lekką ręką? 

 
Wiele wskazuje na to, że w 2015 roku mogła nam się w Polsce znudzić liberalna europejskość i oddaliśmy władzę tym, którzy obiecali wziąć w swoje ręce nasze socjalne dobro i narodowe bezpieczeństwo. Czy już teraz osiągamy moment przesilenia, przestajemy cieszyć się tą ofertą i znów, w pogoni za uniwersalnym szczęściem, poczuciem bezpieczeństwa i godności, podnosimy głowę w poszukiwaniu kolejnej? Uważam, że jeszcze nie. Dopiero dojrzewamy do takiego momentu. A czy w sensie ogólnym wiemy już jaki świat jest dla nas lepszy? Z pełnią swobód i dostępów, czy jednak z określoną dozą kontroli i reglamentacji zasobów (bo dóbr już raczej nie)? Świat bardziej cyfrowy i automatyczny, czy jednak z zachowaniem pewnego elementu tradycji? Tu zapewne prawda leży gdzieś po środku. Ale jak ten środek osiągnąć – oczywiście nie mam pojęcia, zwłaszcza w ujęciu ogólnym. Na te pytania powinniśmy odpowiedzieć sobie sami.
 
I dlatego demokracja i kapitalizm są trudne. Bo tyle ile odpowiedzi na te pytania (a więc tyle ile nas samych), tyle realnych potrzeb. Tyle realnych kierunków rozwojów. I tyleż możliwych scenariuszy. 

*wszystkie cytaty tu zamieszczone pochodzą z książki Olgi Tokarczuk Czuły Narrator (2020).

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

03 comments on “Dobry wspaniały świat (rozważania)

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.