Euro naszych pragnień

Za chwilę zacznie się Euro 2020. Wyczekiwane wyjątkowo dłużej niż zwykle - przez pięć lat z pandemicznym okładem. Czy naród czuje już ten dreszczyk i poruszenie co zawsze? Sam prawdę mówiąc ducha mistrzostw czy sportowego święta (jeszcze) nie wyczuwam - i to nawet nie jest kwestia urlopu na którym przebywam. Nie tylko nie czuję tego w sercu i umyśle - ale także w telewizji, sklepach, reklamach. Sądzę, że jest to kwestia czegoś jeszcze.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Euro wielu prędkości

W dziwnych, popandemicznych, czasach wypadł nam trochę dziwny turniej. Jesteśmy aktualnie trochę jeszcze uśpieni i przytłoczeni obostrzeniami, skalą zniszczeń jaką objawił globalny wirus oraz jeszcze nieco wytłumieni narodowym lockdownem – z drugiej zaś strony w wakacyjno-weekendowej euforii odmrażania, otwierania gastronomii i turystyki. Dzieje się dużo tu i teraz, tej globalności zjawisk mamy już trochę dość. Ale globalność i lokalność Euro do nas wróci. Bo Euro to wciąż dobra moneta i wartość dodana. 
 
Czysto piłkarsko może też kręci nas to trochę mniej bo UEFA (organizator turnieju) trochę za bardzo zaczęła przy nim kombinować. Cóż, takie czasy – produkt jeśli nie zmienia się, staje się mniej atrakcyjny i podatny na obrośnięcie patyną emocji i wspomnień, lecz przecież kij eksperymentu też ma swoje dwa końce. Jeszcze może do końca nie okrzepliśmy po ostatniej reformie Euro (od 2016 roku grają w nim 24 ekipy zamiast 16), a tu już UEFA zaserwowała nam kolejny eksperyment – organizację czempionatu na całym kontynencie (10 miast gospodarzy, rozsianych po Europie). Nie ma zatem gdzieś tego jądra emocji – źródła piłkarskiego ducha bijącego z jednego z krajów gospodarzy (który też zawsze na swój sposób gospodarczo “ożywał” przy okazji Euro). Mamy emocje rozparcelowane – ogniskujące gdzieś pomiędzy miastami-gospodarzami, bazami ekip, miejscami zgrupowań oraz (wciąż) pandemicznymi zasiekami i utrudnieniami. 
 
Dziwna formuła turnieju przypadła na dziwne w dalszym ciągu czasy. 
 
Ale to nie wszystko. Być może problem z piłką w Europie czy na świecie jest głębszy (nie bez powodu Euro 2024 odbędzie się już w jednym kraju-gospodarzu, zupełnie tak jakby UEFA poszła po rozum do głowy w poczuciu przekombinowania z eksperymentowaniem na żywym organiźmie jakim jest futbol). Problemem jest chyba całościowo nadwątlone zaufanie kibica do wszelakich struktur po tym co właśnie dzieje się z Euro (reforma), z mundialem (od 2026 roku będzie tam grało aż 48 ekip narodowych!), a także po niedawnym szoku wywołanym możliwością powołania Superligi. A może to zwykły przesyt i zmęczenie materiału – meczów jest coraz więcej bo tak właśnie chcą włodarze światowego futbolu z FIFA oraz z UEFA. Bo przecież więcej meczów to dla nich większy zysk. Coraz częściej zastanawiamy się wskutek tego czy piłka nożna to nadal ta sama romantyczna gra z podwórek i trzepaków, czy jednak już trochę suflowana biznesowo rozrywka nastawiona na maksymalny zysk. Z biegiem czasu stwierdzić to coraz trudniej – świat futbolu wysyła nam coraz bardziej sprzeczne sygnały. 
 
Dlatego w chwilach takich refleksji dobrze jest chyba zdać się na głos płynący z serca. 
 
W swoim stosunku do oraz w swoim pojmowaniu futbolu jesteśmy raczej konserwatystami aniżeli liberalnymi postępowcami. W internecie można przeczytać czasem że przecież piłka nożna albo skoki narciarskie to w gruncie rzeczy taki sport dla “Januszy”. A i owszem – trudno z tym faktem polemizować. Jak pisze Artur Domosławski (POLITYKA 22, 2021) “przez znaczną część swojej historii futbol miał rys plebejski, wspólnotowy, egalitarny. Bilety były tanie, więc dostępne. Chodziło się na mecze lokalnej drużyny, co dawało poczucie związku z bliższym i dalszym sąsiedztwem”. Z dorobku tego mocno zaczerpnęła w Polsce komuna (a wcześniej i gdzie indziej także i faszyzm, np. we Włoszech) – w szarych i niepewnych czasach futbol miał być w oczach mas nową, świecką religią. 
 
Dziś wspólnotowość futbolu jest czasem nieco niejasna i rozmyta – piłka stała się produktem luksusowym, ze względu na swoją ekskluzywność dostępnym dla tych, których na to stać (płatne kanały, ceny biletów). Jeżeli cokolwiek z dawnej piłki pozostało niezmienne – są to emocje. I dlatego przecież “jesteśmy z wami”, “łączy nas piłka ” i ewentualnie, po przegranym meczu, “Polacy nic się nie stało”. No chyba że tym razem (znów) się stanie  i Polacy dokonają na Euro czegoś super. A wtedy może zszyje to nasz poszarpany naród na jeszcze trochę dłużej. Tydzień, może dwa. Może na trochę zapomnimy o codziennych sporach, padniemy sobie w ramiona, przybijemy piątkę. Bo Euro zawsze takie trochę było – rozluźniało atmosferę, było zastrzykiem pozytywnych emocji. I nieważne, że niegdyś prezydent Polski źle trzymał kibicowski szalik, a na bramkarza powiedział “Borubar” zamiast Boruc. Nieważne, że na kolejne Euro stadiony budował Tusk, którego niebawem pół Polski tak mocno znielubiło. Jeżeli Polacy się tam kwalifikowali, Euro zawsze dawało i nadal daje uśmiech. Wytchnienie. Powoduje, że na to wszystko chociaż przez moment patrzymy przez nieco bardziej różowe okulary. 
 
Jak dotąd, tak właśnie bywało. 
 

Euro oszukane - 2008

Mistrzostwa Europy to dla nas historia wyłącznie mocno nowożytna. Premierę mieliśmy w 2008 roku i to był prawdziwy okres kibicowskiej gorączki. Rozpalił naszą wyobraźnię trener Beenhakker, po raz pierwszy pozwalając zagrać nam w najlepszej szesnastce Starego Kontynentu. Mieliśmy w szczycie formy Artura Boruca, Rogera Perreiro i Ebiego Smolarka. Niosła nas sama magia debiutu na Euro, romantyczny aromat tego pierwszego razu. W Austrii i Szwajcarii stało się jednak coś czego nigdy za bardzo nie przyjmowaliśmy do zbiorowej kibicowskiej wiadomości – byliśmy od innych po prostu gorsi. Z Niemcami – OK, mogliśmy przegrać, ale remisu z Austrią w niezwykle emocjonujących okolicznościach nie mogliśmy przeboleć. W meczu, po którym to znów mógłby obudzić się w nas mit o narodowym spisku przeciwko Polakom (czujecie co by było jakby sędzia Howard Webb podjął taką decyzję przeciwko nam dziś – za czasów TVP Kurskiego i rządów Zjednoczonej Prawicy?). Byliśmy słabsi i tamtego Euro nie przegraliśmy tylko remisem z Austrią, choć i on na swój sposób bolał. Krwawiliśmy po tamtym meczu i tak się wykrwawiliśmy w meczu z Chorwacją, lecz po raz kolejny – byliśmy od niej gorsi. Po prostu byliśmy wtedy słabsi od rywali piłkarsko, mentalnie oraz kondycyjnie. Nie przez przypadek Chorwacja ciągle nas wyprzedza w piłce jakby o klasę. Wtedy wbili nam trzecią szpilkę – po “kontrowersyjnej” decyzji Howarda Webba w meczu z Austrią, oraz dwóch golach “naszego” Podolskiego w pierwszym meczu z Niemcami. Polska wracała do domu po fazie grupowej. 

Euro organizowane - 2012

Polsko-ukraińskie Euro roku 2012 pamiętam jakby było ono wczoraj. Przede wszystkim przez napompowany w kraju balon oczekiwań, tłumaczony chyba głównie tym, że gramy u siebie i że trafiliśmy do “słabej” grupy” (z Grecją, Rosją i Czechami). Pamiętam, że byłem wtedy cały czas sceptyczny – ja po prostu kadrze Smudy nie ufałem. Pamiętam ten ryk na Stadionie Narodowym po golu Roberta Lewandowskiego z Grecją – ryk nie tylko radości, ale nawet pewnej narodowej wściekłości, wyładowania wzbierających w nas emocji. Nas, Polaków, zawsze w czymś słabszych, lecz wtedy, w tamtym momencie – łapiących za nogi futbolowego Pana Boga na swoim Narodowym Stadionie. Pamiętam tę słynną “ścianę naszych pragnień” Dariusza Szpakowskiego chwilę przed tym jak Przemysław Tytoń bronił karnego Karagounisa. Skończyło się jednak 1:1 i wybrzmiał w narodzie kolejny pomruk niedowierzania pomieszanego z niezadowoleniem. Może to był przypadek? – mogliśmy się zastanawiać. Nie, to znów nie był przypadek. Niedawno (w czasie pierwszego lockdownu) TVP Sport puszczała powtórki ważnych meczów w historii reprezentacji – w tym także i Euro 2012. Widać na nich jak na dłoni jak bardzo byliśmy na tamtym turnieju słabi fizycznie (polecam to sprawdzić). Nie pomogło nam trio z Dortmundu. Rok później grało ono w finale Ligi Mistrzów ale na polsko-ukraińskim Euro z grupy nam wyjść nie pomogło. Z Euro byliśmy już wtedy zżyci mocno, poza tym Euro i cała z nim związana gorączka (fanzony, miasta-gospodarze) były u nas. Dlatego pigułka odpadnięcia była dla nas taka gorzka. Przynajmniej zrozumieliśmy za to, że mogliśmy być gorsi w 2008 roku od Chorwatów bo w takim samym stosunku pokonali nas wtedy Czesi, którzy nie byli niż wtedy Czechami z Kollerem, Nedvedem i Rosickym.
 
Dla mnie nieśmiertelnym symbolem tamtej kadry jest bramka Kuby Błaszczykowskiego w meczu z Rosją strzelana w żółwim tempie (a przynajmniej w takim tempie rozegrana była akcja, po której ta bramka została zdobyta – proszę sprawdzić). 
 
Znów zjednoczyliśmy się jak mogliśmy, lecz rozczarowanie było podwójne. Przez cztery kolejne lata nadwątlone zaufanie kibica odbudowywali (z różnym skutkiem) Waldemar Fornalik (przegrane eliminacje mundialu 2014) i Adam Nawałka (awans na Euro 2016). 
 

Euro odczarowane - 2016

W Nawałkę też długo wątpiłem. Nawet kiedy nagle i zaskakująco wygrał z Niemcami 2:0 (potem okazało się, że może nie tak nagle i zaskakująco). Zaufanie narodowe reprezentacja odzyskiwała etapami.
 
Liczyliśmy na wyjście z grupy na Euro nawet nie z racji na formę naszych, czy “siłę” grupy (po Euro 2012 przestało się u nas mówić, że jakakolwiek grupa może być “słaba”). Najważniejsze, że jednak udało się! Doświadczenie wyjścia z grupy, gry w fazie pucharowej, dogrywki i karnych – to było dla nas coś nowego, wcześnie nieznanego, smakowało nam to wtedy zapewne tak jak naszym rodzicom musiały smakować sukcesy reprezentacji w latach ’74 i ’86. Troszkę się wtedy rozluźniliśmy jako naród i pozbyliśmy naszego kompleksu bycia niedocenianymi, nieco gorszymi, a może nawet i trochę oszukanymi Polakami. Znów się jednak troszkę w naszej emocjonalności zapędziliśmy – chcieliśmy nawet powtórki rzutu karnego Błaszczykowskiego z ćwierćfinału z Portugalią, lecz niestety – nie na takim turnieju te numery. I ogółem – jeszcze nie wtedy pisany był nam półfinał. Portugalia była lepsza, zdobyła parę dni później tytuł mistrza Europy. 
 
Ale i tak było wtedy przecież fajnie. Knajpy pękały w szwach. Denerwowaliśmy się jakby od tych meczów zalezało nasze życie, praca, kariera, przyszłość. I tak było to (prawie) Euro naszych pragnień.
 

Euro naszych pragnień?

Dlatego teraz, w 2021 roku znów wywiesimy flagi i pomożemy naszym. Po raz kolejny zakorkujemy ulice, by potem, w czasie meczu, świeciły pustkami. Staniemy w kolejkach w Biedronce i Lidlu po artykuły kibicom niezbędne, zrobimy rezerwację w pubie, wystawimy rzutniki. Zrobimy to bo tacy po prostu jesteśmy – potrzebujemy Euro do uzupełnienia naszej mniej lub bardziej kolorowej emocjonalnie rzeczywistości, tak jak Euro potrzebuje nas. I nie ważne, że w tym drugim przypadku Euro potrzebuje nas jako, przede wszystkim, dostarczyciela pieniędzy i gwarantu końcowego zysku finansowego. Na pandemii finansowo straciliśmy wszyscy (w większości), dlatego istotne jest to, że na Euro wciąż możemy zyskiwać emocjonalnie – jako rodacy, jako kibice, znajomi, partnerzy. Zróbmy więc to. Bo emocjonalnie też wielokrotnie przecież na pandemii traciliśmy.
 
A może właśnie to Euro będzie Euro naszych pragnień – ja tam Paulo Sousie ufam i trzymam kciuki wierząc, że skoro takiego eksperymentu jeszcze w naszych nowożytnych czasach Euro nie było (takiego by PZPN zmieniał trenera reprezentacji niemalże w okresie bezpośrednio poprzedzającym wielki turniej), to może w tym szaleństwie jest metoda.
 
Wierzę Sousie. Wierzę Wojtkowi Szczęsnemu, który niedawno stwierdził, że zgrupowanie kadry w Opalenicy było w ogóle najlepszym zgrupowaniem reprezentacji w jakim uczestniczył. Sam wierzę w moc tego zgrupowania – bo Sousa postawił tam na ducha drużyny, emocje oraz to wszystko co jest w stanie pozapiłkarsko łączyć grupę ludzi w dążeniu do celu. 
 
Spoiwem dla integralności grupy naszych piłkarzy mają być zatem emocje – będą nim one zapewne w tych dniach także i dla nas, jako narodu. I o to zadbajmy właśnie jako naród – my, jego zawodnicy. Nawet jeśli jako naród czujemy, że nie dowodzi nami jakiś wymarzony nam selekcjoner-przywódca.
patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.