Kibic to durna bestia

„Kibic to durna bestia” od zawsze mówi mój ojciec i ja z tymi słowami w pełni się zgadzam. Kibic jak mało kto wbrew logice wierzy, wie jak się skończy, ale ciągle wspiera i zakłada najbardziej optymistyczny scenariusz. W dni powszednie może i czasem żartuje z ukochanej drużyny, widzi jej mankamenty, ale gdy przychodzi kulminacyjny moment wszystkie te kwestie schodzą na dalszy plan i liczy się tylko wiara w zwycięstwo. Szczególnie, gdy mowa o drużynie narodowej. Nie inaczej jest tym razem, choć może faktycznie w tym roku temperatura jest odrobinę niższa, ale do czasu.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Święta turniejowa trójca

Pierwszy wielki turniej z udziałem reprezentacji Polski w moim życiu to Korea-Japonia 2002 i dzisiaj już tego nie robię, ale wtedy pamiętam, że wziąłem drabinkę i robiłem prognozy wyników (pewnie nie jedyny). Małolat z pełnią optymizmu, więc jak nic mi wyszło, że nie może być inaczej jak finał przeciwko Brazylii. Cała drabinka tak się układała, że po wyjściu z grupy z mniejszymi, czy większymi problemami, ale każdego rywala przeskakujemy. W finale już tylko i wyłącznie wrodzony optymizm mi mówił, że możemy wygrać, ale srebro również mnie satysfakcjonowało. Na koniec trafiłem w moich przypuszczeniach połowicznie – Brazylia zagrała w finale. Nasi po fatalnym początku w meczu „o życie” również sobie nie poradzili, acz osłodzili to wygraną w meczu „o honor” i tym samym rozpoczęli niepisaną tradycję świętej meczowej trójcy: mecz otwarcia-mecz o życie-mecz o honor, która trwała przez kolejne turnieje. Czy to zachwiało moją wiarą w kadrę? Oczywiście, że nie, kolejny mundial – Niemcy 2006 – i znowu bez żadnych logicznych podstaw turniej, gdzie „z grupy nie da się nie wyjść”. No przecież mamy Ekwador, Niemców i Kostarykę. Akceptuję porażkę z Niemcami, ale w pozostałych meczach jak nie zrobimy 6 punktów to koniec świata murowany…. Na szczęście świat się nie skończył, ale nowa świecka tradycja podtrzymana – mecz otwarcia, mecz o życie i mecz o honor (zwycięski!).

 

Następnie nadeszły dwa turnieje EURO – pierwszy historyczny awans na mistrzostwa Europy w 2008 oraz turniej u nas i na Ukrainie w 2012.  Mimo doświadczeń z mundiali w 2008 znowu usiadłem przez telewizorem z założeniem szybkiego opykania grupy i najważniejsze zacznie się w fazie pucharowej. Czy były do tego podstawy? Oczywiście, że nie, ale z drugiej strony grupa z Austrią, Niemcami i Chorwacją dawały podstawy do awansu. Z Austrią przecież musimy wygrać, Niemcy wkalkulowana porażka, ale Chorwacja na bank remis lub zwycięstwo, więc z 4 punktami awans powinien się udać. Jak się skończyło? Oczywiście, że świętą meczową trójcą. Kolejne EURO już musi być nasze, nie ma innej możliwości, bo kiedy jak nie u siebie losując do tego grupę z Grecją, Rosją i Czechami. Awans jest formalnością i walczymy o medale… Święta meczowa trójca.

Cztery turnieje, człowiek dorósł, więc kolejny turniej wiara oczywiście była, ale już może nie z taką pewnością, że jedziemy po medal. I EURO 2016 okazało się ogromną niespodzianką i zawodem, ale nie z powodu świętej trójcy, ale wręcz przeciwnie, że nie skończyło się medalem. Portugalia….Ćwierćfinał, który powinien być wygrany, a w półfinale czekający już Walijczycy, to powiedzieć, że autostrada do finału, to nic nie powiedzieć. Rzuty Karne to jednak loteria i koniec na ćwierćfinale. Cóż za powiew świeżości, coś innego, co pozwoliło znowu ślepo wierzyć przed kolejnym turniejem, tym bardziej, że kadrę dalej prowadził Adam Nawałka, grupa z Senegalem, Japonią i Kolumbią ponownie wydawała się autostradą do fazy pucharowej… No i święta trójca…

Wbrew logice

Pewien polityk jako swoje hasło „Głową i sercem” i jest to piękne hasło sprawdzające się w wielu dziedzinach poza sportem. Tu głowa, a serce to dwa rozłączne byty. Gdybym na chłodno miał ocenić nasze szanse na EURO to zakładam, że pierwszy mecz ze Słowacją zakończy się remisem po kolejnym głupim błędzie w obronie. Z Hiszpanami niezależnie czy głową, czy sercem wiem, że będą baty, tylko pytanie w jak dużym rozmiarze. No i mecz ze Szwecją przewidywałbym scenariusz słowacki, czyli znowu głupi błąd i remis, ewentualnie porażka. No ale właśnie jako kibic reprezentacji nie umiem nastawić się na taki scenariusz mimo, że wiele przesłanek za nim przemawia.

Serce mówi, że Słowację pokonujemy, z Hiszpanią walczymy i może uda się wyciągnąć remis i Szwedów również pokonujemy. Taka rola kibica wierzyć mimo wielu przeciwności. Powiedzmy sobie szczerze scenariusz wygranej ze Słowacją jest w jakimś stopniu prawdopodobny, więc nie potwierdza, aż tak bardzo tezy o braku logiki kibica, ale już założenie walki z Hiszpanią jak najbardziej. Obejrzałem w swoim życiu myślę, że kilka tysięcy meczów, zarówno ligowych, jak i pucharowych oraz większość na wielkich turniejach od 1998 roku. Kiedy grały dwie drużyny, do których mój stosunek był obojętny jasno wiedziałem kto wygra i tylko cud sprawiał niespodzianki, ale jak już grały drużyny, którym kibicuje znajdowało się multum „przesłanek” mówiących, że są szanse. Słynne są już powiedzenia „możemy powalczyć”, „obrona gra stabilnie”, „są szanse na zero z tyłu”, „może uda się coś strzelić”. Oczywistym jest, że to zakłamywanie rzeczywistości i myślenie delikatnie mówiąc życzeniowe, ale na tym właśnie polega piękno sportu, na emocjach. Rozum może mówić jedno, ale jak mawiał Kazimierz Górski „dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe”. Slogan piękny, acz daleki od prawdy. Gdy gra np. Brazylia z Hondurasem to w teorii „wszystko może się zdarzyć”, ale w praktyce wiemy jak to się skończy, a mimo to kibice Hondurasu będą wierzyć, że a nuż będzie niespodzianka. Tracą gola, drugiego, ale wierzą dalej i tak do samego końca, do ostatniego  gwizdka. Tak samo jest z naszą reprezentacją, głowa mówi jedno, ale dopóki nie odpadniemy z turnieju wiara w zwycięstwo będzie się tlić, nawet jeśli nie ma logicznego uzasadnienia. Dopóki Hiszpanie nie wygrają wiara, że Lewandowski strzeli, że Szczęsny wybroni będzie w nas, do ostatniego gwizdka.

Podobnie było na przykładzie Małyszomanii kilka lat temu. Może sytuacja odrobinę odmienna, gdyż Małysz był zwycięzcą, ale mimo, że wiedzieliśmy, iż wygra siadaliśmy przed telewizorem i dmuchaliśmy w ekran. Po co? Żeby pomóc oczywiście, ale jak to miało pomóc? Gdzie tu logika? Nie ma logiki, bo nie może jej być, są emocje i wiara w zwycięstwo, a jeśli jeszcze możemy pomóc to robimy to, niezależnie czy to wygląda głupio, czy nie.

Piłka łączy

Piękne w piłce, ale nie tylko w niej a ogólnie w sporcie jest również to jak łączy zwaśnione na co dzień strony. Gdy w finale French Open grała Iga Świątek kibicowali jej wszyscy lub przynajmniej gruba większość. Tak samo jest, gdy gra reprezentacja na turnieju, jeśli tylko ktoś interesuje się piłką to pozostałe jego poglądy schodzą na dalszy plan. Prawa z Lewakiem trzymają kciuki, wyborca Lewicy z konfederatą krzyczą „Do boju Polsko”, „pisowiec” z „peowcem” trzymają kciuki wspólnie itd. Tym bardziej mierzi mnie i drażni jak ktokolwiek próbuje wplątywać sportowców na co dzień w jakieś nasze wewnętrzne małe, śmieszne i żenujące wojenki. Przykład Lewandowskiego jest idealny. Najpierw zarzucono mu, że firmuje swoim nazwiskiem obecny rząd, bo raczył przyjąć medal od Prezydenta, bo akurat taki, a nie inny człowiek piastuje ten urząd. Ciekaw jestem ilu z tych krzyczących odmówiłoby? Pewnie żaden, bo koniec końców to jest odznaczenie państwowe nie mające żadnego związku z daną osobą, która je wręcza. Prezydent się zmieni, a odznaczenie zostaje już na zawsze. Tak samo na zgrupowaniu, piłkarzy odwiedza premier i podaje rękę Lewandowskiemu, każdy kulturalny człowiek po prostu poda rękę, nie ma w tym nic zdrożnego, ale już znajdują się tacy, dla których to gest poparcia. Litości. Nie mieszajmy wątków, nie mieszajmy pięknych, choć nieraz bolesnych emocji sportowych z codziennym bagienkiem. To mój taki apel.

Zacząłem od stwierdzenia, że „kibic to durna bestia” i powiem Wam, że na zbliżających się mistrzostwach nie tylko będę, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że chce być durny. Chcę wierzyć, będę kibicować do ostatniego gwizdka, bo przecież „dopóki piłka w grze…”

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.