Kiedy przyjdą Rosjanie

Samochód ustawcie trochę dalej od tych. Jak coś tu spadnie, to może przynajmniej jeden będzie cały. Schodzimy, policja zamyka o dwudziestej drugiej - zbieramy się pospiesznie do wejścia prowadzącego pod ziemię, gdzie chroni się ponad setka osób.

Oni się stąd nie ruszą, już nie. A kiedy przyjdą po nich Rosjanie, będą czekać z tym, co będzie pod ręką i czym da się zrobić krzywdę – słyszę. 

O uporze mieszkańców Charkowa nie trzeba mnie przekonywać i oby nikogo nie trzeba było. Choć opór stawiany na tej ziemii ma zawsze swoją okropną najwyższą cenę. Wiedzą o tym doświadczeni hołodomorem Ukraińcy. I wiedzą o tym krasnoarmiejcy, przemianowani teraz na wojska federacyjne. 

Są tu! Psiakrew, widziałem jak się poruszają, minąłem się z ich czołgiem! – rozlega się głos w grupie zajmującej duszny magazynek. Od tego żarzącego się gniewu po kolei odpalają papierosa, a od papierosa gniew.

Umysł wije się jak ofiara meskaliny, niejedna myśl go tu nawiedza. To nie surrealistyczny obraz Kusturicy o życiu schronionym przed wojną głęboko pod ziemią. Ani antalowska bajka o tym, że w metrze żyją dobre i złe duchy. Sylwetki skulone pod ścianami w lepkiej pościeli są najprawdziwsze, tak jak najprawdziwsze są pociski, które dosięgnęły ich domy, dziurawe komunałki otaczające stacje metra. Nikt nie narysował zacieków na ścianach i kresek pod oczami ludzi próbujących zasnąć pod okiem niegasnących świetlówek.

Jeśli ktoś mówi, że to lekkomyślne, ma rację. I jeśli doda, że da się lepiej zagospodarować tę ilość czasu i paliwa, ma rację po dwakroć. Ale oby szlag trafił tego, kto spróbuje rzeczowym kalkulacjom poddać sens dotarcia do mieszkańców metra, żeby się przytulić, dać znać, że świat o nich nie zapomniał, i dołożyć starań, żeby nie zapomniał, zabierając historie ze sobą.

O babuszce i jej kocie, którzy przeżyli okupację swojego skrawka ziemi, zajętego na samym początku, skąd trafili do stacji metra. O człowieku, który, zanim tam trafił, został żywcem podpalony. O wolontariuszach, ktorzy zamieszkali pod ziemią. Jednym z dalekiej Japonii, drugim z pobliskiej miejscowości, będącej już po smutnej stronie frontu. I o trwającej od rana burzy, trzymanej na wodzach rosyjskiej ręki. 

Światło nie gaśnie, zasypiamy w kryjówce czujnym snem kretów o mokrych noskach. Między nieruchomymi ciałami plączą się koty wypasane przez babuszki na posadzce metra. 

Ten sam sen dotyka trzy dni później Dworzec Zachodni, na który nocą docieram z pewnym Gruzinem. Najdalej wysunięta na zachód enklawa pakistańskiej biżuterii, barowych tablic pisanych cyrylicą i wschodniego akcentu. Oby żyła na wieki w bożym błogosławieństwie. Skulonych na dworcowych ławkach sylwetek strzeże ta sama słowiańska ręka, która na stacji metra Heroiv Pratsi mierzwi kocie futerka i ściąga palcami kurz z nieruchomych wagonów metra.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.