Krótka opowieść o wolności, cz. II (rozważania)

W swoim tekście sprzed tygodnia napisałem, że nasze poczucie jak i postrzeganie wolności są często krępowane naszymi własnymi poglądami politycznymi, światopoglądem, pobudkami ideologicznymi. Objawem tego, że, jak to się ogólnie mówi i pisze, „trudno nam ze sobą rozmawiać” jest także i to, że coraz trudniej jest nam zdefiniować oraz poczuć wolność w sensie ogólnym. Zamiast „tylu poglądów ile nas samych” robi się tyle samo „wolności” – każdy bowiem zaczyna wykuwać już swoją własną, odbiegając nieco od kanonu.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

W niniejszym tekście chcę krótko rozwinąć dwie myśli w kontekście tego, jak sami sobie ograniczamy własną wolność. Jeden przykład z życia (mikro), drugi zaś w makroskali.

Kiedy człowiek jest wolny, może robić co chce i nic nikomu do tego. Brzmi znajomo, prawda? Tak ogółem jako naród chcielibyśmy mniej więcej żyć – księża na księżyc, politycy won, urzędnicy – wara od naszych pieniędzy (no chyba, że przychodzą sytuacje kryzysowe typu: recesja, epidemia, czy napięcia międzynarodowe – wtedy jesteśmy państwu gotowi oddawać nawet konstytucyjnie należne nam swobody i wolności, byle tylko faktyczne zagrożenie oddalić lub zmniejszyć; co do zasady jednak w szczęśliwym i poukładanym społeczeństwie tego byśmy chcieli – spokoju oraz wolności, aby po prostu móc robić swoje).

Kiedy człowiek jest wolny, może robić ze swoim czasem, kapitałem, potencjałem ciałem i umysłem co chce i nic nikomu do tego. No bo jak inaczej określić wolność aniżeli właśnie brakiem ograniczeń? Jeżeli ktoś chce, w ramach wolności może żyć w wolnych związkach, prowadzić bogate życie seksualne, podróżować, nie odkładać pieniędzy, nie żałować sobie na obiady, kolacje, alkohol, garderobę. No bo skoro nie ma w planach zakładania stałego związku, tudzież rodziny… Ma do tego prawo. Jeżeli jednak zacznie przesadzać w którąś ze stron (zwłaszcza z używkami, wydatkami, czy np. hazardem), rewolucja wolności pożre swój własny ogon… I człowiek ten może w prosty sposób zostać „ograniczony” lub zniewolony poprzez kanały wolności, które sam sobie utorował.

Nie chcę brzmieć tu jak katolicki moralista – daleko mi do tego i nie o to chodzi. Niektórzy powiedzą – niech ludzie umieją korzystać z wolności, którą mają. Gdyby tak było – super; nie mielibyśmy uzależnionych od alkoholu, narkotyków, hazardu, dłużników, zdrad małżeńskich, przestępczości… Dlaczego? Bo ludzie umieliby korzystać z wolności, którą mają. A skoro nie umieją – kryterium „korzystaj mądrze” trzeba zastąpić kryterium „korzystaj z umiarem” – które jest łatwiejsze do nauczania, egzekwowania oraz kontrolowania.

Jeżeli będziemy „korzystać z wolności umiarem” w ramach wolności, które nam przysługują (a nie, które nas obowiązują), łatwiej będzie nam ze sobą rozmawiać i wychodzić poza informacyjne bańki oraz strefy komfortu o których piszę tu ciągle – umiar znaczy bowiem kompromis. A kto nadal nie wierzy w moc „umiarokompromisu”, niech tak jak ja spojrzy sobie na skalę mikro (związki – partnerskie czy małżeńskie), oraz makro (nasze relacje z sąsiednimi krajami) i odpowie sobie na pytanie ile jest tam umiarokompromisu kiedy dzieje się dobrze, a ile – kiedy dzieje się źle.

Nie chcę nikomu ograniczać wolności – narzucać kagańca wyrażania myśli, czy reprezentowania postaw takich jakie pragnie się reprezentować – chcę jedynie przypomnieć coś, co jest oczywiste (za chwilę przykład w skali makro): że bez szukania wspólnych przestrzeni w naszych indywidualnych definicjach wolności nie zajedziemy daleko. Jednym z warunków współpracy cywilizacji jeśli ta chce się rozwijać jest kooperacja – informacyjne bańki i strefy komfortu dawnych czasów nie wznosiły miast, nie uprawiały ziemi, nie polowały na dzikie zwierzęta, nie organizowały się w większe i mniejsze grupy, nie regulowały rzek – one ze sobą szły na wojnę i okładały się po łbach maczugami, a następnie mieczami.

Oczywiście – w starożytności czy średniowieczu było to nieuniknione (a nawet było to okładanie się pałami oraz mieczami kolejnym z warunków rozwoju cywilizacji), dziś już jednak moglibyśmy pozwolić sobie na komfort unikania wojen plemiennych i zamiast tego mogli poświęcić tę energię na szukanie konstruktywnych kompromisów. Ale oczywiście – takie rozwiązanie najczęściej po prostu mało komu się opłaca.

W jednej ze swoich popularnonaukowych książek pełnych filozoficzno-socjologicznych rozważań Yuval Noah Harrari pisze, że „być może w ogóle nie ma czegoś takiego jak wolna wola”. Człowiek bowiem, a zwłaszcza jego wybory, zawsze są przez coś determinowane – wszystkie bodźce, które człowiek w swoim życiu odbiera (czasem nawet jeszcze te z czasów łona matki) determinują jego późniejsze wybory i decyzje. Zachowujemy się tak i tak, przyjmujemy wiarę taką i taką – bo najczęściej tak mówią nam rodzice i bliscy. Ubieramy się tak i tak, słuchamy czy oglądamy to i to – bo tak robią nasi rówieśnicy. Robimy coś zawodowo, studiujemy to i to, budujemy dom taki a taki lub kupujemy jakieś mieszkanie – bo tak bardzo często wynika z uwarunkowań danych czasów lub momentu w życiu (lub przede wszystkim – z ograniczeń finansowych, politycznych lub społecznych). Nie ma w tym wszystkim laboratoryjnej sterylności warunków, w których możemy wybrać to, co jest obiektywnie dla nas najlepsze, zwłaszcza kiedy jesteśmy dziećmi lub nastolatkami. Ktoś powie: to przecież oczywiste, zawsze tak było, inaczej się nie da – no dobrze, ale może inaczej się za to da nazwać naszą „wolną wolę”, skoro wolności wyboru w niej tak naprawdę tyle, co kot napłakał?

Podobnie jest z naszą wolną wolą wyboru dziś; w obszarach o których dyskutujemy: polityka (ogółem), polityka prorodzinna, informacyjna, edukacyjna, zdrowotna. Naszą wolną wolę często determinuje poczucie przynależności do danej formacji myślowej czy myśli politycznej. I w różny ciekawy sposób weryfikuje to nasze myślenie nie tylko o wolności, lecz także i o nas samych. Można z jednej strony organizować całe kampanie i akcje przeciwko tzw. grid girls (hostessy w Formule 1) w ramach lewicowej walki z uprzedmiotowieniem kobiet, z drugiej jednak strony – w ramach tego samego (lewicowego) pakietu podejść wobec traktowania kobiet walczyć o status, prawo i postrzeganie tzw. seksworkerek (których work sprowadza się do sprzedaży “towaru”, czyli własnego ciała w ramach transakcji, czyli płatności za seks z owym „towarem”). Tak a propos walki z uprzedmiotowieniem kobiet…

Żeby nie było – po drugiej stronie (prawica) obserwujemy równie zdumiewające dyrdymały – na przykład o wszechmocy i potędze najjaśniejszej Rzeczypospolitej, która akurat w tym momencie historii zaczyna już coraz mniej potrzebować państw ościennych oraz sojuszy do rozwiązywania coraz bardziej z kolei skomplikowanych relacji i problemów międzynarodowych; bez negocjacji, bez dyplomacji, bez szukania wspólnych przestrzeni nie tylko do dialogu, lecz także i do rozwiązań prawnych… Jest takie jedno państwo na świecie, które też nie lubi kiedy inne państwa za bardzo interesują się tym co dzieje się w jego obrębie. Państwo z silnym poczuciem tożsamości narodowej, mocną doktryną obronności, silnym aparatem państwowym, telewizją, scentralizowaną władza, ograniczonymi swobodami obywatelskimi (tak by nie przeszkadzały władzy w sprawowaniu władzy). To państwo nazywa się Korea Północna.

Można by tak wymieniać długo, każdy ma swoich własnych przykładów na pęczki. Ja jednak muszę wrócić do swojej roboty: nadal nie posłużyłem się tym drugim, obiecanym przykładem…

Weźmy raz jeszcze lewicową wersje układania tego świata (przepraszam lewico – to nie złośliwie, po prostu was bardziej aktualnie kojarzę z wolnością niż prawicę, więc używanie przykładów z lewicowego aparatu pojęciowego zamiast prawicowego powinno być dla lewicy w tekście o wolności komplementem, nie zaś kolejnym zarzutem).

Ogólnie rzecz biorąc – lewica nie bardzo garnie się do promocji oraz afirmacji roli potomstwa – adopcja dzieci (przez pary homoseksualne) OK, ale już na przykład wielodzietność lub w ogóle: społeczna motywacja w kierunku i zakresie dzietności bardziej kojarzy się z myślą prawicową i konserwatywną (przynajmniej aktualnie u nas). Lewica także, z drugiej strony, chce dążyć do maksymalizacji socjalnego zaplecza społeczeństwa (czyli, ogólnie rzecz biorąc, sytuacji w której aktywniejsi zawodowo utrzymują tych mniej aktywnych – ergo zwiększenie zasiłków, zapomóg, ulg na mieszkania itp.), czego przy obecnych trendach wzrostu populacji (a także jej starzenia się!) nie da się na dłuższą metę “śrubować” (tym bardziej przy mniejszej degradacji środowiska, co przecież także jest postulatem lewicowym! Im więcej ludzi, tym bowiem większa degradacja zasobów naturalnych – Polski, Europy, czy Świata). Krótko mówiąc – aby lewicowa wizja mogła się ziścić, trzeba by zwiększać populację ludzi (żeby ci młodsi mogli skutecznie pracować na tych starszych). Jeżeli jednak lewica chciałaby ten trend na przykład odwracać (żeby nasza populację odchudzić, a co za tym idzie – dać naturze i środowisku odpocząć od degradacji środowiska działaniami człowieka), gospodarka światowa musi oprzeć się na na fundamencie gospodarki wolnorynkowej (tyle się nauczysz ile zarobisz i tyle będzie twoje; państwu nic do tego – państwo może jedynie maksymalnie nie przeszkadzać tobie w twoich dążeniach i staraniach).

Wygląda więc na to, że optimum wolności jakie możemy osiągnąć w tym zakresie (skala makro) także nadal polega na osiągnięciu pewnego umiarokompromisu - między wolnością wyznania, sumienia, przekonana a stylem życia i wolnością gospodarczą. Bo inaczej prędzej czy później w naszych systemach wartości dojdzie do jakichś kolizji. Już przecież do nich dochodzi.  

Podobnie jest z wolnością słowa (O! Teraz dla odmiany będzie bardziej prawicowo). Antyszczepionkowcom wolno powiedzieć wszystko – czym, jak wielu uważa, ograniczają oni naszą wolność bo przecież to właśnie przez “foliarzy” ludzie nie chcą się szczepić, ociągają się itp. A nasza wolność polega przecież także na prawie dostępu do szczepionek oraz do życia w zdrowym (zaszczepionym) i wolnym od pandemii oraz obostrzeń społeczeństwie. Jeżeli jednak zabronimy foliarzom głosić ich teorii, nałożymy im kaganiec, który w sensie ogólnym mógłby być jednym z końców wolności słowa, czyli de facto wolności ogóle. Zamiast jednak kneblować foliarzom usta (chyba że ustawowo; gdyby ktoś wpadł na pomysł, dajmy na to, zdelegalizowania ruchów antyszczepionkowych, tak jak na przykład ruchów faszystowskich) lepiej maksymalizować ludzkie prawo do rzetelnych informacji, do uzyskiwania ich z różnych źródeł i dokonywania ich właściwej syntezy.

Wolność jest trudniejsza niż sądziliśmy. Nie jest taka prosta w obsłudze jak nam się nadal wydaje. Wolność nie jest czarno-biała. Bywa podstępna i przewrotna. Ma różne twarze jak jej posiadacze. Wolność jednostki nie zawsze kończy się tam gdzie zaczyna wolność innej – czasem granice wolności wyznaczają horyzonty naszych własnych przekonań i politycznych sympatii.

I dlatego nam trzeba dbać o tę wolność i ciągle ją podrasowywać. Żeby nie stała się – podobnie jak pieniądze oraz media – narzędziem walki o wpływy, na argumenty, na propagandę oraz na dezinformację, w rękach szaleńców, populistów czy autokratów. I nade wszystko – w medialnych bańkach informacyjnych.  

CZĘŚĆ PIERWSZA – TUTAJ
patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *