Kwestia Ziemkiewicza

O tym co Rafał Ziemkiewicz nawywijał w weekend (i czy w ogóle nawywijał) pisał nie będę, bo wszystko można sobie sprawdzić w internecie. O tym jak z publicysty niepokornego stał się w ciągu jednego popołudnia publicystą niemalże wyklętym i internowanym – też nie, bo to kwestia przynależności do strony polskiego politycznego sporu o tożsamość. Postaram się krótko nakreślić myśl na temat tego jaki problem mamy z Ziemkiewiczem jako obywatele i państwo i jaki ma on sam – z państwem i z nami, obywatelami.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Jak wspomniałem – kwestię zatrzymania publicysty na Heathrow oraz burzy, w której prawa strona sporu przyodziała niemalże skrzydła husarii i ruszyła z odsieczą przeciw nie tylko Wyspiarzom, lecz także i „lewakom” – pominę. Pominę też kwestię rzeczywistej kampanii radości po zatrzymaniu konserwatywnego dziennikarza, jaka nastała po drugiej stronie owego sporu. Oba wydarzenia mieszczą się idealnie w ramach naszego tożsamościowego boju o wszystko (prawi vs lewi, PiS vs PO, prawicowy konserwatyzm vs lewicowy liberalizm, ciemnogród vs nowoczesność), zatem ileż można klepać na okrągło o tym samym? Postaram się krótko napisać o samym Ziemkiewiczu, który jednak robi trochę więcej w polskiej sferze publicznej aniżeli jedynie obraża Zachód, Unię Europejską czy „lewactwo”.

Oczywiście, z drugiej strony, wcale nie będę przez to redaktora bronił.

Rafał Ziemkiewicz to etatowy publicysta rubryk stałych w „Do Rzeczy” a także całkiem poczytny pisarz oraz Youtuber (ze 115 tys. stałych subskrybentów jego kanału oraz ze swoją ostatnią książką „Cham Niezbuntowany”; książka szybko stała się bestsellerem, po dwóch tygodniach od premiery konieczny był dodruk. Pod koniec czerwca 2020 roku książka została liderem rankingu sprzedaży literatury Nielsen BookScan). Z jego twórczości najbardziej znana jest mi ta książkowa, w której, moim skromnym zdaniem, aż roi się od interesujących tez i refleksji. W przeciwieństwie jednak do treści aktywności codziennych (jak na przykład na Twitterze) czy cotygodniowych (felietony i artykuły w tygodniku Lisickiego), gdzie czasami z kolei aż roi się od uprzedzeń, stereotypów, niesprawiedliwych uogólnień i stronniczości (przeciwko Zachodowi i eurokracji – jak przystało na prawicowo-konserwatywnego i, jak sam siebie Ziemkiewicz określa, „nowoczesnego endeka”). Wśród owych ciekawych tez znajdziemy między innymi poglądy takie jak to, że:

  • Polacy cierpią na zanik elementarnych umiejętności społecznych, samoorganizacji oraz polityczno-ideologicznej intuicji wskutek bolesnego doświadczenia folwarków pańszczyźnianych na ziemiach polskich (gdzie i kiedy „nabyliśmy” niejako genu służalczości i poddaństwa wobec silniejszego „pana” oraz przede wszystkim umiejętności kombinowania; jak tu oszukać owego pana (dziś: państwo), zamiast wyhodować w sobie gen np. przedsiębiorczości);
  • transformacja ustrojowa w Polsce została źle skonstruowana i jeszcze gorzej przeprowadzona (w skutek ustaleń okrągłostołowych a także w Magdalence – gdzie stara władza dogadała się z nową na mocy niepisanej umowy, na skutek której stara władza zachowała swe przywileje i wpływy w zamian za społeczną amnestię i zapomnienie jej win z czasów PRL);
  • Polacy nie uczą się niczego z własnej historii (na przykładzie Rzeczypospolitej Obojga Narodów, która również była państwem demokratycznym, wolnym i tolerancyjnym – jednak na skutek „przeszarżowania z wolnością”, zrywania sejmów oraz kolaboracji z obcymi mocarstwami Rzeczpospolita ostatecznie upadła, co ma w ocenie autora przypominać nasze dzisiejsze kolaboranckie ustawianie się na geopolitycznej mapie względem Europy i jej państw);
  • bolączki polskiej demokracji w dniu dzisiejszym wzięły się stąd, że w kluczowym momencie dla pokoleniowego rozwoju naszego państwa (XIX wiek) Polska nie wykształciła właściwej sobie, tak dla demokracji kluczowej klasy średniej. W warunkach zaborczych nie było na to szans – w zamian solidnie rozwiniętej klasy średniej, która zawsze jest podstawą dobrze funkcjonującej demokracji (w przeciwieństwie do społeczeństw z dominującą klasa chłopska lub inteligencką kiedy rządy demokratyczne są wtedy skazane na wypaczenie) mieliśmy u nas dominację chłopstwa i inteligencji mieszczańskiej, która albo kolaborowała z zaborcą albo, jeżeli już doczekała międzywojnia i wtedy mogła zaczać modernizować Polskę – została wycięta w pień przez eksterminację elit ze strony hitlerowskiego i stalinowskiego okupanta, a następnie, w komunistycznej Polsce, jej resztki zostały wyplenione lub wchłonięte przez nowy ustrój. 

Trudno się z tymi tezami jakoś jednoznacznie nie zgadzać. Można polemizować, poszerzać spektrum, dokładać argumentów za i przeciw. Lecz co do zasady – są to tezy spójne, logiczne, mające uzasadnienie w badaniach oraz pokrycie w faktach. Są też jednak pośród nich takie, które jednak budzą już poważne wątpliwości, jak np.:

  • narodowa demokracja (unowocześniona o współczesne rozwojowe niuanse endecja w wydaniu Romana Dmowskiego) jest najlepszą formą organizacji naszego państwa „dla wszystkich Polaków”;
  • notoryczne „brzydzenie się Zachodem” przy jednoczesnym krygowaniu się z przyznaniem verbatim, że bez Zachodu Polska nie byłaby takim krajem jakim jest dziś, mimo swoich oczywistych uchybień i wieloletnich zaniedbań (Zachód owszem, ale najlepiej go wydoić, wziąć stamtąd co się da, co nam się wskutek dziejowego spisku przeciwko narodowi polskiemu zapewne należy, ale najlepiej nie dawać nic w zamian);
  • no i wreszcie, mój ulubiony argument: nadzieje Ziemkiewicza wyrażone w wydanych po raz pierwszy w 2016 roku Myślach Nowoczesnego Endeka, że po pierwszej kadencji z PiS u władzy (mowa o latach 2005 – 2007, w ocenie RAZ przez PiS zmarnowanej i oddanej walkowerem), przy drugim podejściu do sprawowania władzy PiS będzie już na tyle mądry (mądrzejszy o całą dekadę doświadczeń, zwłaszcza rządów znienawidzonego Tuska), że w końcu nie spieprzy tej dziejowej szansy na stworzenie prawdziwych narodowych elit oraz na pełną i uczciwą dekomunizację (w skrócie: prawdziwą prawiciowo-konserwatywną rewolucję). O tym jak dziś PiS „tworzy elity” oraz „dekomunizuje” aż strach chyba wspominać. Wspomnę więc tylko, że o tym jak bardzo te wspomniane aspiracje zostały zaprzepaszczone pisałem już w innym swoim tekście TUTAJ (a dokładniej o tym jak bardzo PiS ukochał Polactwo* – czyli zespół naszych narodowych wad, kompleksów, zachowań i genów, które wciąż powodują, że Polak nie ma szacunku i zaufania do innego Polaka, władzy i własnego państwa).

Co z tego wynika? To, że Ziemkiewicz starzeje się wraz z ideałami, które hołubi, albo od których nie potrafi się zdroworozsądkowo zdystansować (nie od ideałów i korzeni endeckich, bo te pewnie pozostaną uniwersalne i nieśmiertelne – a od nieustannej wiary w geniusz „żoliborskiego inteligenta” jakim w ocenie RAZ pozostaje Jarosław Kaczyński, mimo swoich oczywistych wad i ograniczeń).

Skąd taka sympatia publicysty do prezesa PiS? Stąd, iż zapewne Ziemkiewicz nadal uważa (a może już nie uważa, tylko po raz kolejny – nie przyznaje tego wprost unikając przyznania, że doprowadzając nasz kraj do takiego stanu i położenia międzynarodowego jak dziś Kaczyński tę szansę znów “spieprzył” i redaktor jest ostatecznie poczynaniami władzy PiS rozczarowany), że Jarosław Kaczyński jest w stanie dokonać w naszym kraju kulturowej rewolucji: zaprowadzić „porządek” w resortach, zdekomunizować instytucje (praktycznie nie ma już jednak z kogo – czas leci, a ludzie sami odchodzą na emerytury, lub – na tamten świat), stworzyć edukację według prawicowo-konserwatywnego kanonu myślenia, a finalnie – stworzyć „nowe” państwowe elity w miejsce dogadanego w Magdalence, pospezetpeerowskiego kolesiostwa i klienteli. 

Jak jest aktualnie z poglądami redaktora na temat prezesa? Nie wiem, trzeba by szukać u źródła; po drodze pojawiły się bowiem na prawej stronie różnorakie głosy, że prezes Kaczyński „pierniczeje” i „traci społeczny słuch”, być może więc optyka sytuacji u RAZ-a nieco się zmieniła. Nie zmienił się jednak nadal u redaktora na pewno sposób wyrażania swojego zdania wobec wartości przeciwnych do wyżej wymienionych – a zatem do Zachodu, Unii Europejskiej, III RP oraz jej dorobku.

Rafał Ziemkiewicz nie tyle nie lubi, nie uznaje i polemizuje z tym, z czym się nie zgadza i czego nie wyznaje – on zwyczajnie, jawnie i otwarcie się tym brzydzi i tego obrzydzenia nie ukrywa.

Brzydzi się europejskością – europejską tożsamością, poczuciem istnienia w organizmie szerszym niż nasza narodowa tkanka. Krótko mówiąc – integracją (on pierwszy podpowiadał bowiem w swoich tekstach, że tak naprawdę nigdy nikt nie policzył ile faktycznie kosztuje nas przynależność do struktur UE i czy to nam się rzeczywiście opłaca). Śmiało zaliczyć można go do grona eurosceptyków, lecz w jego przypadku przyznać trzeba, że zadra ta jest o wiele głębsza, a rzecz – nieco bardziej skomplikowana. I, po raz kolejny – dotyczy sporu tożsamościowego.

Brzydzi się bowiem Ziemkiewicz Adamem Michnikiem (czego wyrazem jest naprawdę solidnie opracowana monografia działań, wystąpień i tekstów opozycjonisty PRL zatytułowana Michnikowszczyzna) bo ten, już jako redaktor naczelny Gazety Wyborczej, straszył na początku lat 90-tych czytelników na łamach swojego pisma „endeckim ciemnogrodem” (czyli tym, że nasz kraj może zalać fala katolickiego konserwatyzmu, a powinniśmy kroczyć w stronę idei europejskich, demokratycznych i wolnościowych, aniżeli konserwatywnych), czego Ziemkiewicz, jako zadeklarowany „nowoczesny endek”, nie może mu wybaczyć do dziś (jak i całego dryfu III Rzeczypospolitej w kierunku wartości i tradycji europejskich, aniżeli narodowych). Słusznie przytaczając „symetryzm” Michnika z lat 90-tych (o tym, żeby komunistom dać już spokój i nie rozliczać ich za wszelką cenę) wkurza się tym samym Ziemkiewicz, że tradycja endecka nadal w naszym społeczeństwie delikatnie mówiąc nie “żre”, toteż w tej swojej ocenie rzeczywistości ma on prawo czuć się sfrustrowany (czy ma prawo do wylewu tych frustracji nadal posługując się Adamem Michnikiem, w końcu jednej z ważniejszych figur polskiej transformacji? – Może niech rozstrzygnie to jakiś sąd, nie ja). Być może Rafał Ziemkiewicz jest zatem w swych analizach „teraźniejszości przez pryzmat przeszłości” w istocie za mądry na nasze “lewackie” czasy, spojrzenie oraz otwartość, ale to już zdaje się być tylko i wyłącznie jego problem i niech on sam się z nim upora. Bo świat wcale nie musi się uporać z Ziemkiewiczem, nie ma aż takiej palącej potrzeby. Może za to chcieć – i ewidentnie chciał to zrobić w ubiegły weekend – trzepiąc kieszenie i bagaż redaktora na londyńskim lotnisku.

Rafał Ziemkiewicz musi więc dalej lawirować w naszym kraju, który ani nie jest i nie będzie na pstryknięcie palcem wcale endecki, ani prawicowy, ani konserwatywny, ani nadto liberalny i lewicowy. Z jednej strony “dowala” PiS bo, jak sam twierdzi, „dowala wszystkim, choć nie po równo”, ale nie ma on na naszej politycznej mapie na tyle dobrej dla siebie alternatywy by się od tradycji „prawicy wstydliwej” skutecznie odciąć (być może byłaby to Konfederacja, gdyby ta była w stanie przekroczyć sondażowy szklany sufit). Gdyby miał na horyzoncie taki prawicowy obóz w którym mógłby swój endecki potencjał ulokować i go realizować – porzuciłby “żoliborskiego inteligenta” bez cienia sentymentu bo ten swoisty brak endeckiego genu u Naczelnika jest istotnym wybrakowaniem w portrecie prezesa PiS widzianym oczami redaktora „Do Rzeczy”. I prawdopodobnie właśnie to powstrzymuje go przed wykazywaniem jak bardzo wytykane przez niego Rzeczypospolitej “Polactwo” III RP zostało utulone i wzięte na sztandary przez PiS. 

Ziemkiewicz chadza własnymi drogami i ma do tego święte prawo. Robi to doskonale im bardziej zagłębia się w przeszłość (ciekawe jak pod tym względem wypadnie jego najnowsza książka?), gorzej jednak przychodzi mu już rzetelność w analizie czasów jak najbardziej współczesnych (po 2015 roku, czyli – w okresie tak wyczekiwanej przez niego „drugiej kadencji PiS”). Sam, jak utrzymuje, nie jest fanem polaryzacji (a nawet jej zadeklarowanym przeciwnikiem) lecz w swej nienawiści do „lewactwa” oraz z powodu banalnego faktu, iż Polak nie kupuje za bardzo sam z siebie „prawactwa”, wpada siłą rzeczy w polaryzacyjną bańkę. Poza tym – został w nią również siłą inercji wciągnięty – przez mniej lub bardziej pisowskich kolegów po fachu, komentatorów oraz przez social media i ich użytkowników.

Zwłaszcza w zeszły weekend.  

*Polactwo to tytuł książki Rafała A. Ziemkiewicza z 2004 roku, recenzowaliśmy ją TUTAJ. Recenzję książki Cham Niezbuntowany przeczytać można z kolei TUTAJ.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.