Nie chodzi nam o lajki (opinia)

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Jestem członkiem stowarzyszenia Polska 2050, żadna nowość, nie kryję się z tym. W ostatnim czasie miały miejsce dwa wydarzenia związane z ruchem, które w moim odczuciu powiedziały o „dwa słowa za dużo” – nie tylko coś o nas samych i nie tylko z punktu widzenia tego kogo w polityce lubimy, a kogo nie.

Sprawy potoczyły się o jeden most za daleko. I do tego chciałbym się odnieść.

Pierwszym wydarzeniem jest oczywiście zaszczepienie się Szymona Hołowni oraz fala krytyki i hejtu, która na Hołownię po jego zaszczepieniu się spadła (w dużej mierze ze strony środowisk bliskich i popierających PO). Były też oczywiście „apele o spokój”, zwłaszcza w kontekście świątecznej atmosfery, lecz nikły one wobec ogromnej fali negatywnych odczuć i reakcji wobec legalnie zaszczepionego człowieka.

Drugim wydarzeniem, o którym myślę jest wpis jednego z użytkowników Twittera, nazywajacy Hołownię „pajacem”, a który polubiła posłanka KO Izabela Leszczyna. A w zasadzie nawet nie sam post (jeden z wielu w takim tonie na Twitterze), czy niewinny przecież „lajk” pani poseł był tutaj clou sprawy.

Żenujący doprawdy był entuzjastyczny ryk, jaki rozległ się pod postem posłanki kiedy ta, dopytywana przez jedno z kont wspierających Hołownię, potwierdziła, iż posłowi na Sejm wypada lajkowanie tego typu treści. Ryk twitterowiczów był donośny – że to dobrze, że tak trzeba, że bardzo dobrze temu Hołowni pani poseł napisała… Byli też i tacy, którzy ową sytuację bagatelizowali; to przecież tylko „lajk” – a cóż za ładunek emocjonalny i merytoryczny może unieść coś tak efemerycznego jak internetowy „lajk”?

Otóż może i to całkiem niemały. Lajk to przecież afirmacja. Akceptacja i zgoda na stan, który się widzi i który się „lajkuje”. Pokazanie kciuka w kierunku treści, która może „wjechać”, wypakować się i czuć się w nawiedzonej przestrzeni jak u siebie w domu. Jeżeli tak jednak nie jest – niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nie sprawdza lajków pod treściami, które sam udostępnia. Albo kogo nie oburza lajk Rzecznika Praw Dziecka pod słynnym, haniebnym postem Krystyny Pawłowicz na temat transpłciowego dziecka.

Reakcje sympatyków (także i polityków) PO mogą dziwić – Polska 2050 i PO jawią się przecież jako dość naturalni i oczywiści koalicjanci w przypadku wygranych przez opozycję wyborów parlamentarnych. Także w kontekście szumnie zwiastowanej przez PO koalicji #276. Koalicji, o której dziś już chyba niewielu pamięta – i to w dużej mierze tylko dlatego, że Hołownia podszedł do zbyt wiążących i przedwczesnych deklaracji wspólnych list z należytą rezerwą. Komentariat i elektorat PO uznał tę okoliczność jako godną i wystarczającą do ataków.

Jako naród lubimy proste sytuacje. Własne okopy poglądów oraz strefy przekonaniowego komfortu. Zacisza własnych salonów i kanap. Odpychamy od siebie moralne dylematy i trudne pytania. Smartfony i aplikacje spadły nam z nieba – i możemy z jednej strony wszędzie wetknąć swoje pięć groszy i za chwilę schować się za cyfrowym parawanem aplikacyjnego środowiska z drugiej.

Jako społeczeństwo wciąż mamy problem z moralną i faktyczną oceną Powstania Warszawskiego, czy Stanu Wojennego. Upraszczamy tego typu sytuacje do schematu walki dobra złem, mierząc je dzisiejsza miarą naszych przekonań, że łatwo jest być hollywódzkim bohaterem kiedy mamy lufę przy skroni; przecież my sami na pewno wiedzielibyśmy co w takiej sytuacji zrobić. Dobrym przykładem na to jest wpakowywanie całej naszej aktualnej polityki w taki właśnie schemat walki dobra ze złem. „Wojna PO z PiS o Polskę” jest dla nas łatwym i wygodnym retorycznym zabiegiem bo bez względu na to po której stronie widzimy się bardziej – układ jest prosty, siły dobra walczą z siłami zła, a my oczywiście jesteśmy po tej właściwej stronie.

Nie chodzi mi nawet o to, że od tych nastu lat jest wokół nas ten PO-PiS i teraz Polska 2050, jako ruch obywatelski, nie może sobie znaleźć miejsca na naszej politycznej mapie sympatii i przekonań.

My tak od zawsze. My jako naród, nie my, jako stowarzyszenie.

PO-PiS, lewica-prawica, liberalizm – konserwatyzm  – te starcia są przecież głeboko zakorzenione w postolidarnościowym (centrolewicowy oraz centroprawicowy blok Solidarności jeszcze z lat ’80), oraz „michnikowym” ładzie (Polska nowoczesna versus Polska zaściankowa). W świadomości pokoleniowej jesteśmy zatem my i ten ktoś, komu nie ufamy, kto nie jest nasz – komuch, UB-ek, peowiec, pisior, Niemiec, Żyd, Rusek, brukselczyk-eliciarz.

Z tych narodowych, głęboko zakorzenionych fobii wykluwają się dziś przecież nowe. Dla rządowego, prawicowego mainstreamu demokratyczny liberał to przecież dziś Żyd, Niemiec… Rzadziej Rusek, ale rusofobii przecież w tej narracji także nie brakuje. Zawsze jednak chodzi o to samo – o walkę dobra ze złem. O to, że tamten drugi to na pewno wróg. Na pewno nie nasz.

To mapowanie, wzmocnione negatywnie wzajemnym ostrzałem PO-PiS, jest w nas już wmontowane na tyle mocno, że uznajemy to za porządek rzeczy. Czujemy, że zaburzenie tego ładu jest zaburzeniem w ogóle. Że ta dychotomia my-dobrzy i ci źli-oni musi trwać i być osią naszej polityczno-ideologicznej identyfikacji już zawsze.

Sądziłęm, iż nigdy nie napiszę, że elektorat i komentariat PO zdenerwuje mnie bardziej niż ten PiS. Tymczasem tak właśnie ostatnio się stało – pewnie dlatego, że po statystycznym (internetowym) wyborcy/sympatyku PiS niejako nie spodziewamy się już za bardzo serdecznych gestów, mowy przyjaźni, czy deklaracji jedności – po sześciu latach napuszczania przez rząd pisowskich mediów na wszystko co inne, odmienne od pisowskiego, już się z tym też niejako poznawczo oswoilismy i wysyciliśmy.

Dlatego „wrogość” tożsamego plemiona i boli i zaskakuje. Bo czujemy, że faktycznie i teoretycznie pochodzi ona gdzieś „od nas” samych. Tymczasem według założenia autorów (elektorat i komentariat PO) owa wrogość pochodzi „ od nich” – bo to my jesteśmy dla nich to zło. Ten ruch, ten Hołownia, ta pochodna tego PiS-u. Ci źli. Ci wpasowani w narodową, mityczną walkę ich dobra z naszym złem.  

Na szczęscie jednak lajk posta Krystyny Pawłowicz nastapił już po lajku Izabeli Leszczyny. Na szczęscie – nie odwrotnie. Może ta kolejność będzie przyczynkiem do jakiejś szerszej refleksji w temacie „szanujmy się”. Bo tu przecież nie o lajki chodzi – tylko właśnie o szacunek do drugiej osoby.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.