Oddawaj moją ksywę! (rozważania)

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Wiele lat temu, kiedy byłem jeszcze młody i dobrze się zapowiadałem (dziś już tylko w dalszym ciągu dobrze się zapowiadam), przechodząc przez tak zwany okres buntu, zapragnąłem przejść go w sztafecie kultury hip-hopowej. Nosiłem zatem spodnie opuszczone tak, by krok znajdował się bliżej kolan aniżeli kroku, nie wiązałem butów (lub kupowałem sobie grube, kolorowe sznurówki) a także kupowałem czasopismo „Ślizg” (wtedy miesięcznik). Stosując tych kilka zabiegów, do spółki ze ściąganiem pirackich empetrójek na mojego pierwszego peceta (drugi bowiem pecet przyniósł mi rewolucję w postaci stałego radiowego łącza internetowego, ale to było dopiero w roku 2006. Wcześniej, w latach które mam na myśli, czyli mniej więcej 2002 – 2004, musiałem obejść się bez internetu) sądziłem, że w dość uprawniony sposób do kultury hip-hopowej przynależę. Były to inne czasy niż dzisiaj – głosy pokolenia (takim jakim jest dziś ponoć Mata), nie uzyskiwały ponad 50 milionów wyświetleń swoich utworów na Youtube (tak w ogóle nie było go jeszcze wtedy na świecie – Youtube’a, bo Mata już akurat był) a na jakikolwiek update ze świata hip-hopu musiałem czekać miesiąc – czyli od kolejnego do kolejnego wydania czasopisma „Ślizg”. Tym samym wątek opisywany poniżej śledziłem w miesięcznych interwałach, a nie jak to ma miejsce dziś – zależnie od tego jak często odświeżam przeglądarkę lub przewijam tzw. feed mediów społecznościowych.  

W owym czasie „Ślizg” opisywał swoisty „pojedynek o ksywę” między dwoma zdolnymi polskimi raperami – Mezo oraz Tym Typem Mesem (Ten Typ Mes w mianowniku, jeżeli coś pokićkałem, z góry przepraszam, pokrętna to ksywa). Mezo możemy kojarzyć, tego drugiego (czyli Tego Typa Mesa) już mniej – to zależy jak bardzo „siedzimy” w hip-hopie. W każdym razie w tamtym czasie poszło o podobieństwo brzmienia obu pseudonimów – Mezo vs Mes (czyli ten drugi – Ten Typ Mes, w skrócie: Mes). Panowie dość poważnie wymieniali się na łamach pisma uwagami na temat rodowodu swoich ksyw oraz podawali swoje wersje wydarzeń. Mezo taką, że on o niczym nie wie, nie wiedział i dla niego nie ma problemu, Mes natomiast taką, zgodnie z którą ten pierwszy celowo upodobnił swój własny pseudonim do ksywy „Mes”, żeby korzystać z jej popularności i rozpoznawalności. Artyści nakręcili nawet wzajemne „bitewne” klipy w których nie szczędzili sobie rapowych razów (jak to w hip-hopie: bitwa na rymy). Pojedynek ciągnął się miesiącami (tak przynajmniej wyglądał on z perspektywy chłopaka ze wsi, który nie miał innej możliwości sprawdzić „wyniku” owego meczu; pozostawały mu jedynie comiesięczne aktualizacje na stronach czasopisma “Ślizg”). Nie pamiętam jak się skończył – jego finisz zbiegł się jakoś z moim momentem wyrastania z tego etapu i z przejściem w inny.

Dlaczego o tym piszę? Żeby pokazać nam w jak dziwnym kierunku zawędrowała tak zwana debata publiczna w naszym kraju. Dwóch dorosłych facetów kłócących się o ksywę… Śmieszne? Może i śmieszne, jednak dziś, po niemal dwudziestu latach dojrzewania naszej kultury medialnej, mamy w niej pojedynki o równie banalne kwestie, mające znamiona gombrowiczowskiego pojedynku na miny pomiędzy Miętusem i Syfonem w Ferdydurke.

Pojedynki w sferze dosłownej jak i metaforycznej; w kontekście Gombrowiczowskiej „filozofii Formy” gdzie groźna mina jest rodzajem maski (a że maski czasem opadają, widzieliśmy na niedawnych urodzinach Roberta Mazurka) jaką polityk przybiera, chcąc wywrzeć określone wrażenie na wyborcach ugrupowania własnego, jak i przeciwnych. Mina to Forma, którą polityk sam produkuje, ale jednocześnie staje się jej niewolnikiem.

Mieliśmy zatem w ostatnim czasie strojenie groźnych min i pojedynki w sprawach zupełnie nieistotnych – o to kto jest liderem opozycji (na tym tytule bardzo zależy wyborcom Platformy; palmę pierwszeństwa winien dzierżyć tu Donald Tusk), o to w jakim mieście i towarzystwie należy maszerować aby właściwie popierać członkostwo Polski w UE (było to w zeszłym tygodniu i mam wrażenie, że ci, którzy tak mocno apelowali o „jedyny słuszny marsz opozycji w Warszawie” nieco spuścili z tonu od ubiegłego weekendu), o to co powinno znajdować się na okładkach tygodników, co nie i tak dalej.

I tym podobne dyrdymały. Pisałem o tym już wielokrotnie (np. TU) – o tym jak dane bańki informacyjne (zarówno po stronie rządowej jak i opozycyjnej) dyktują innym, mniejszym bańkom jak mają żyć, jak wyrażać poglądy, kogo popierać, kiedy wyrażać oburzenie, w jakim miejscu się znaleźć itp. Krótko mówiąc – naszą debatę publiczną zapycha się pierdołami i tematami zastępczymi w stopniu niewyobrażalnym, zarówno teraz, jak i niegdyś, te dwadzieścia lat temu.

Te dwadzieścia lat temu młody Adrianek, z gazetką “Ślizg” w ręku, w najbardziej fantazyjnych snach nie przewidywał bowiem, że po ich upływie kłótnie o ksywki nadal będą miały miejsce – nie tylko w szołbiznesie, lecz także i na najwyższych szczeblach polityki.

Mniej więcej trzy lata po tamtej „awanturce o ksywę” odbyła się w Polsce przedwyborcza debata, która przeszła do historii nie tylko debat politycznych, lecz także i pokrętnych losów naszego państwa. W studiu Telewizji Polskiej bój na wysokim (merytorycznym oraz emocjonalnym) poziomie stoczyło dwóch liderów: premier Jarosław Kaczyński oraz ówczesny „lider opozycji” Donald Tusk. Z okazji sobotniego wywiadu prezesa Kaczyńskiego w RMF chętnie się tamten wieczór w mediach naszych przytacza, jako doskonały przykład wielu zjawisk i zmian, które zaszły w Polsce od tamtego czasu. Aby uzmysłowić sobie ich skalę, nie trzeba silić się na głębokie analizy przebiegu debaty czy jej wyniku, wystarczy spojrzeć na kilka faktów i nałożyć je sobie na rzeczywistość współczesną. Oto fakty:

  • debata odbyła się w studiu TVP za rządów PiS
  • z ówczesnym premierem Kaczyńskim na równi i po dżentelmeńsku był traktowany Donald Tusk
  • publiczność była podzielona mniej więcej po równo – wskutek ustaleń organizatorów ze sztabami na widowni znajdowali się ludzie dobierani według klucza sympatii politycznych i nie było to w żaden sposób „ustawiane” (!)

Nie chodzi nawet o to jak nisko upadły nasze obyczaje parlamentarne i publiczne w naszym kraju od tamtego czasu. To już wiemy. Dla mnie wciąż zagadką oraz wielkim bólem do zniesienia jest fakt, iż tak kiepsko nadal, jako społeczeństwo, uczymy się z oraz na własnej historii. Mimo posiadania wszelkiej maści narzędzi weryfikacji informacji oraz odsiewu propagandy (o czym z kolei pisałem TUTAJ).

Nadal czekamy na „lidera opozycji” chcąc tym faktem tak naprawdę… nieco zaklnąć rzeczywistość; najlepiej żeby powtórzył się nam teraz scenariusz z 2007 roku kiedy, wobec niedużej lecz stabilnej sondażowej przewagi PiS nad PO, Donald Tusk odwrócił losy wyborów jednym wieczorem. Byłoby niskim nakładem sił, od razu, natychmiast, bez konieczności bawienia się w rzeczy tak dla niektórych informacyjnych baniek abstrakcyjne jak: inicjatywy oddolne, zmiana myślenia o polityce, przejmowanie elektoratu, wyjście poza duopol PiS-PO. Ale tak się nie da, nie da się w polityce skutecznie zastosować dwa razy tego samego manewru (zrobił tak w 2007 roku Kaczyński – powtarzając w zasadzie swoją kampanię z roku 2005. I przegrał).

Mając w pamięci manifestacje w całym kraju w obronie UE czekamy być może na jakiś marsz w stylu „Obudź się Polsko”; w końcu Kaczyński trochę sobie tę swoją władzę tym jak i innymi marszami w latach 2010 – 2013 „wychodził”. Może wychodził, a może nie – Kaczyński jednak tak naprawdę wygrał w 2015 wymyślając coś dla polskiej polityki nowego – wychwycił to „co u ludzi piszczy” a czego wychwycić nie umiał rząd PO-PSL. Dziś sytuacja znów wydaje się nie do powtórzenia – władza znów „traci słuch społeczny”, lecz opozycja wciąż nie bardzo zdaje się wiedzieć jak tę sytuację zaadresować.

Musimy zatem jako społeczeństwo wykonać za opozycję część tej roboty. Nie pitolić frazesów, że „mamy być zjednoczeni bo jak nie to to i tamto”. Jak chcesz jednoczyć to rób to, ale nie jednocz na siłę – jak ktoś chce robić inną robotę, daj mu robić ją tak jak umie najlepiej. Lepsze zjednoczenie etapowe i naturalne (samo z siebie), niż odgórne i sterowane. Sami więc musimy się zorganizować jeśli jeszcze jesteśmy społeczeństwem obywatelskim – bo taka jest ponoć jedna z jego głównych cech.

Liderzy opozycji mają dziś różne potencjały. Szymon Hołownia potrafi motywować długofalowo (Ruch Polska 2050). Donald Tusk „na cito” (100 tysięcy osób po jednym tweecie w dwa dni), ma więc w sobie nadal ten pierwiastek magiczny. Nie jest zatem tak, że to nasi liderzy nie umieją ze sobą rozmawiać i sami stają sobie na przeszkodzie – przeszkody czynimy nadal sobie sami my ponieważ nadal, mimo upływu czasu, nie umiemy odfiltrować informacji merytorycznej od plotki lub propagandy. A druga sprawa – na przeszkodzie do naszej samoorganizacji nadal stoją informacyjne bańki. O tym jak bardzo gubimy sens słów i mijamy się z głównym przekazem danego lidera lub nauki trafnie pisze moim zdaniem Tomasz Lis w swojej autobiografii, celnie pytając retorycznie co Polacy zapamiętali z nauki i słów Jana Pawła II podczas jego historycznej (i rekordowo długiej) pielgrzymki do Polski w 1999 roku? Czyżby to, że po maturze Karol Wojtyła chodził na kremówki?

Jeżeli zaczniemy skutecznie oddzielać emocje od treści w politycznej debacie, oraz zatrzymamy proces tworzenia się informacyjnych baniek – będziemy na drodze do skutecznego samoorganizowania się naszego społeczeństwa. Tylko wtedy możemy skutecznie eliminować przykłady marnowania energii na pojedynki polityków (oraz nas samych) na miny oraz o ksywy. I kwestię pojedynków zepchnąć już tylko na front relacji opozycja – władza.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.