Oko na granicy

Na granicę docieram dziewięć dni po wybuchu wojny. Potem zdarzyło się ją raz czy dwa przekroczyć. Obserwuję. Chcę zapamiętać i przekazać jak najwięcej. Tak blisko stąd dzieje się historia. Małe historie dzieją się i tu. Kapłani i sołdaci. Sutenerzy i dzieci o zimnych rączkach. Polacy i Ukraińcy.

Wsio budiet haraszo’ to nasza nowa mantra graniczna. Tylko tyle możemy powiedzieć. Nie wskrzeszamy tatusiów i nie wymazujemy pamięci.

Widziałem martwego żołnierza – znienacka mówi Krzysiowi paroletni chłopiec.
Rosyjskiego?
Nie, naszego – odpowiada młody z poważną miną.

To nasz dom w Czernichowie – słyszę od niewiele młodszej ode mnie Ukrainki, która pokazuje na telefonie zdjęcie dymiących zgliszczy. Domu nie odbuduję, jedyne co, to mocno się przytulamy przed jej dalszą drogą. Jeszcze tylko szuka dla siebie jakichkolwiek ubrań w kartonach pozostawionych przez ludzi na trawie. Najlepiej ciepłych, jak na złość temperatura w nocy spada do mniej niż -10°C.

Dzieciakom za rogatkami sinieją rączki, więc zakładamy im na nie skarpetki, rękawiczek już dawno nie ma – mówi policjant niosący na rękach kilkulatka – To już dla mnie bez znaczenia, rąk nie czuję od paru godzin. Na pytanie, od jak dawna trwa jego zmiana, krzywi się w ponurym uśmiechu, jakby usłyszał kiepski dowcip.

Wsio budiet haraszo.

Ale dla Charkowa już za późno. Jest bardzo, bardzo źle – słyszę od właścicielki dwóch puchatych zwierzaków, z którymi najwyraźniej czeka na kogoś na brudnych resztkach trawy pod płotem.

W poniedziałek przyjeżdżają chłopaki z Berlina, będą gotować wegańsko, ale póki co pomagają w zbiorowej kuchni. Purja stara się mieć szczęśliwą minę, krojąc parówki w ciasnym namiocie. Mówię mu, że, tak jak oni, jestem pacyfistką. Ale co poradzę, że tam jest wojna. Poza pełnym zrozumieniem otrzymuję kilka kanistrów benzyny i karton konserw dla transportu w głąb Ukrainy.

I tylko pomylony może sądzić, że odpowiedzią na sytuację milionów ludzi dotkniętych wojną będzie sama szlachetność. Nie ustaje era łapówek, na przejściu kręcą się sutenerzy. Kto inny doszedł do wniosku, że uruchomiony na granicy freeshop z ubraniami pierwszej potrzebny zasili dostawą pochodzącą najwyraźniej z garderoby domu publicznego, który splajtował. Nie było w niej bynajmniej dziecięcych rękawiczek.

Wygrzebuję kurtkę dla odwiedzającego namiot faceta. Wieczorem słyszę jego dokładny rysopis. To wspólnik sutenera, którego Kuba doprowadził policji tego dnia. Ciekawe, czy draniowi ciepło było w nowej kurtce, kiedy później wypatrywał na przejściach młodych kobiet. 

Tego samego dnia i z tą samą potrzebą przychodzi mama i chłopiec z misiem w objęciach. Znaleźli, co szukali, ale młody jeszcze się ociąga, wciąż przeszukuje kartony. Miedwiedziu budiet chladno – tłumaczy. Ciemno jest, odchodzą dalej. Razem z niedźwiedziem, dla którego nie znalazła się żadna kurteczka. 

Ze mną będzie Bóg – usłyszałam od bardzo ładnej pani, której przed trzema laty udało się uciec z Donbasu. Nie chciała iść spać, nie jadła od dwóch dni. Dotknięta traumą wojny, chciała nieprzerwanie pomagać przekraczającym granicę rodakom. Więc nie poszła spać, została przy koksowniku, już jej więcej nie zobaczyłam. Mam nadzieję, że nie zrobiła sobie krzywdy.

Po sześciu dniach cofam się o czterysta kilometrów. Dom jest ciepły jak folia NRC i miękki jak stóg siana. Dobrze jest wrócić, dać buzi kotu i pogadać z małą siostrą. Wysłuchuje wszystkiego, nie zadając pytań.

A to ty, młoda, wiesz, co to to jest kałasznikow? – upewniam się.

Trudno tego nie widzieć w tych czasach. – odpowiada z prostotą. Ma dziesięć lat.

Wracam, a ona zostaje z najmniejszą siostrą. Całkiem nową, ale całkiem już naszą, choć pochodzi z daleka, z obwodu chmielnickiego. Gra swoje pieśni na pianinie, a rano je czekoladowe kulki z mlekiem, jak to małe siostry mają w zwyczaju.

Spokój na samej granicy wręcz chciałoby się nazwać podejrzanym. Od Dorohuska po Hrebenne cisza jak na stepie, ale niepokoją wieści o rakietowych ostrzałach w nieprzyzwoicie małej odległości. Uśpione oczekiwaniem przejścia dłubią w nosie i podrywają się na huk eksplodującej butli z gazem.

Niech cię nie myli święty spokój.

Sołdaty dorwały tu dwóch ruskich dywersantów! – dobiega z pozbawionych przednich zębów ust – uważaj ze zdjęciami, bo ciebie też zgarną.

Uspokajam dzieduszkę, że resztki rozumu powstrzymują mnie przed rozpowszechnianiem zdjęć patroli i barykad.

Te nie pozwalają zapomnieć, w jakim kraju jesteśmy. Ale chwile na włóczeniu się po bazarze z Michałem Aniołem, mizianiu ciepłych kotów i wąchaniu cerkwi już tak.

A Sasza opowiadający jak rozsmarować ruski transporter daje się roześmiać pełną piersią.

Ziuuu, ruskie sołdaty jadą do domu w pakietach!

Zostawiamy Uściług, droga prowadzi na wschód. Ale nosa nie wychylamy poza względnie bezpieczny Wołyń. W pierwszym napotkanym mieście na wzgórzu mości się sobór Zaśnięcia. 

Do cerkwi wchodzi żołnierz z niebieską opaską na ramieniu. I mama z chłopcem w żółtej kurtce, którzy zapalają świeczki. Bezszelestnie szepczą modlitwy.

Te kamieniuszki były matowe, a z czasem błyszczą się coraz bardziej. Koraliki całymi sznureczkami zmieniają kolor, tu, tu, tu, zaczynają od stóp Matki Boskiej – wyszywane detale pokazuje sękatym palcem babuszka, która jest aniołem w cerkwi Zaśnięcia, najstarszej na Wołyniu.

Osiemset lat temu podczas najazdu mongolskiego była ostatnim schronieniem dla okolicznych. Nieskutecznym, bo według kroniki Mongołowie nie zostawili w mieście ani jednego żywego mieszkańca, mury cerkwi były wypełnione martwymi ciałami.

Zapalamy chude świeczki w cichutkim wnętrzu. Za pokój, za miłość. Żeby nie było złych ludzi. Żeby korytarze humanitarne nie były zaminowane. Żeby nikogo nie obudził na sekundę pocisk roztrzaskujący dach nad głową w drzazgi.

Z tą modlitwą na ustach zasypiamy od niemal miesiąca.

Ocknęliśmy się wśród słowiańskiego bratobójstwa, co?

Na wszystko, co ludzie robią sobie nawzajem, śpiąca cerkiew patrzy surowym wzrokiem. Trudno mu umknąć, wyłazi nagle zza wierzb i prętów ogrodzenia wokół bazaru, który wyzionął ducha, choć jeszcze dwa dni wcześniej można było na nim udawać, że żadnej wojny tu nie ma. Sprawdzić, czy doszły nowe krzyżówki, kupić garść wędkarskich robaków, opluć się czajem ze śmiechu, słysząc żart dziadka ze straganu naprzeciwko.

Cerkiew patrzy. W jej wnętrznościach ponownie zapalamy świeczki. Za pokój i miłość. Za życie maleńkich dzieci. Za ludzi dobrej woli.

Połknięty przez świątynię zgięty w pół batiuszka recytuje modlitwy przy wtórze jednej tylko pani. Zawodzi, jakby miał przed oczami płonący Mariupol i obłożony workami szpital zaporoski.

Krzysiu, na tym fresku jest wojna… – szept ledwo mi się unosi nad mantrę kapłana.

Fresk jest całkiem ciemny. Bardzo, bardzo ponury. Może było na nim kiedyś coś więcej, ale – jak to z czasem wojny bywa – zniknęło. Tylko dwie błyskawice tną tę brudną ciemność pod samym sklepieniem. I tyle.

A wiosna mimo wszystko przyszła do Nowowołyńska, brodząc w marcowym błocie. Babuszki wiernie strzegą zawiniętego w liście i foliowe woreczki majątku leżącego na murku.

Żeby ci Ruscy się wynieśli, to taki parszywy naród. Proszę bardzo, miód akacjowy. Majowy – jak złota rybka błyska ząb w zwiędniętych ustach – Slava Ukraini! I chwała naszemu Bogu.

Na ten słowiański gniew cerkiew też patrzy. Mantra połkniętego batiuszki łaskocze ją lekko w ściany, które są bardzo stare i widziały już te barykady i rozsiane po ulicach wojsko, słyszały już błagalne modlitwy o pokój.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.