PO-PiS nie obraża, czyli jaki kraj, takie Gran Derbi (opinia)

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Natchnęło mnie by napisać parę słów na temat konstruktu zwanego PO-PiS-em, gdyż mam wrażenie, że w codziennym użyciu często odzieramy to pojęcie z tego czym ono faktycznie jest i przypisujemy mu cechy tego, czym nie jest. A przez to dodajemy niepotrzebnie oliwy do i tak przecież żywo płonącego ognia naszej społecznej dyskusji.

Zatem, przede wszystkim…

…PO-PiS to nie jest żadne stawianie znaku równości między PiS-em a Platformą!

Lata 2002 - 2005

Historycznie rzecz ujmując – PO-PiS sięga roku nawet nie 2005, kiedy wszyscy spodziewaliśmy się wspólnej koalicji obu ugrupowań na fali odsuwania od władzy SLD. Faktycznie o PO-PiS-ie można mówić już od roku 2002, kiedy to PO i PiS powołały wspólny komitet wyborczy na wybory samorządowe. Komitet PO-PiS wystawił listy do 14 z 16 sejmików województw a także do rady miasta Rzeszów. W województwie podkarpackim PO i PiS także wystartowały ze wspólnych list, jednak obecny na nich był również szereg innych formacji (wywodzących się z AWS), a komitet nosił nazwę Podkarpacie Razem. Wyobraźmy sobie, że w tamtych wyborach jedynie w województwie mazowieckim PO i PiS wystawiły osobne listy do sejmików!

Dziś wydaje się to niepojęte. 

Fiaska późniejszych rozmów koalicyjnych po wyborach parlamentarnych, już w 2005 roku, nie będę przypominać – warto jednak przytoczyć tu choćby fakt, że pierwszym, który faktycznie zanegował możliwość stworzenia wspólnego rządu przez Platformę i PiS był wtedy Donald Tusk (wobec braku kompromisu co do obsady funkcji Marszałka Sejmu). Nie mniej jednak, tak naprawdę była to chyba de facto pierwsza iskra w stodole pełnej siana, której pożar trawi nasz kraj do dziś.

I to mimo faktu, że przecież w tamtym momencie rodowód i PiS-u i PO (postsolidarnościowy i centrowy) był przecież jeszcze silniejszy niż obecnie! Ale to tylko sprzyja tezie, że PO-PiS to historyczny konglomerat, w którym jest wiele wspólnych (co nie znaczy tożsamych) elementów, aniżeli ją obala.

Lata 2005 - 2010 (lecz także i 2020)

W pożar stodoły zatem PO i PiS wplątały się wtedy same – a biorąc pod uwagę to, jak potoczyły się losy sejmu V kadencji, oraz jak potem oba tak naprawdę obozy pokarała historia, przeplatając wzajemnie ich losy w przewrotny sposób katastrofą smoleńską, PO i PiS stworzyły niejako system naczyń połączonych same z siebie. Lub właśnie uczyniła to z nich historia. Nie ten, czy tamten lider. Nie żaden publicysta. Nie komentatorzy. Nie wyborcy.

Oczywiście – Smoleńsk jest swoistą zadrą dla obu stron i obie strony w zasadzie poróżnił na zawsze – o tym pisać nie będę, bo tu osąd pozostawiam każdemu z osobna. Antagonizm między PiS a PO (oraz między ich wyborcami) jest w tej materii jednak tak duży, że aż stał się dla obu stron momentami osią narracji – jej nieodłącznym elementem udowadniania, że druga strona nie ma racji. Głównym instrumentem w grze na emocjach. A skoro elementem nieodłącznym – to i nieodłącznym elementem jednego obozu stał się przecież obóz drugi – adresat niewybrednych insynuacji.

Przez te wszystkie lata, od 2005 roku, PO i PiS (oraz ich sympatycy) są trochę jak FC Barcelona i Real Madryt za trenerskich czasów Pepa Guardioli i Jose Mourinho – ich wzajemną batalią żyje cały kraj, obydwa obozy podszczypują się na wiele sposobów, konkurują ze sobą na wielu polach, ich liderzy dolewają konsekwentnie oliwy do ognia, przez cały czas oczywiście pozostając dwoma głównymi siłami w polityce. 

A mecze między nimi bywają widowiskowe i brutalne, co przecież dobrze się ogląda z perpesktywy widza.

Choć zdaje się, że ten czas powoli mija – tak jak i skończyła się pewnego dnia Barcelona Guardioli oraz czas Mourinho w Realu.

Czasy współczesne

A tak już zupełnie po ludzku – nie ma sensu stawiać znaku równości między PiS i PO, to oczywiste. PiS od PO dzielą świetlne lata. Nie jestem fanem powiedzonek na bazie „bandy czworga”, mimo wspólnego przecież rodowodu PiS i PO i mimo, iż każde z nich odcina się konsekwentnie od PRL a jednocześnie, mniej lub bardziej subtelnie, zawsze w jakiś zawoalowany sposób do PRL nawiązuje (choć także i coraz mniej – gadanie o rozliczaniu elit III RP coraz częściej staje się legendą i propagandową papką, która odchodzi do lamusa). Jeżeli bowiem przyjmiemy, że kryzysy i afery III RP nie zostały do tej pory rozliczone, obawiam się, że tak już zostanie – bo IV RP serwuje nam przecież swoje własne autorskie afery i cały czas sumiennie nadpisuje tamte z coraz bardziej zamierzchłej przeszłości – i po IV RP możemy już nie mieć szansy dokopać się do tych z czeluści III RP.

Nie jestem także fanem stwierdzeń, iż są to byty tożsame i wzajemnie nie mogą bez siebie żyć – jeżeli nie mogą to dlatego, że oba wcisnęły się w taki model dyskursu (politycznego) w którym kreuje się dwie strony politycznego sporu – bliższych nam „nas” oraz dalszych nam „ich”, o którym to wspominałem też tydzień temu o tej porze.

Taki model dyskursu jest bardzo powszechny w tak zwanym procesie politycznej legitymizacji (czyli tego jak władza tłumaczy się społeczeństwu ze swoich działań i jak je uzasadnia) i nie dotyczy on tylko skrajnych środowisk (liberalnych czy konserwatywnych). Jak pokazuje analiza dyskursu politycznego w USA (akurat scena polityczna Stanów jest w literaturze tak dobrze opisana ponieważ, naturalnie rzecz ujmując, publikacje te są w „rodzimym” języku angielskim – to i rodzimej sceny politycznej dotyczą. Ponadto – amerykańskie językoznawstwo ma ogółem dużą tradycję badania języka polityków), „my” vs. „oni” to powszechny zabieg retoryczny. Według tego modelu administracja Busha uzasadniała społeczeństwu amerykańskiemu potrzebę militarnej operacji w Iraku (jako potencjalnym miejscu produkcji broni masowego rażenia). Zabieg ten często stosowany był też w kampaniach prezydenckich Baracka Obamy i Mitta Romneya – gdzie „wrogiem narodu” był wszechobecny kryzys gospodarczy, czy na przykład klęski żywiołowe.

PiS i PO są PO-PiS-em właśnie dlatego – bo takie są poznawcze i socjologiczne procesy w nas zachodzące. Nie jest jednak odwrotnie – że ktoś wymyślił sobie jakiś PO-PiS i dopiero w następstwie tego różne procesy poznawcze i socjologiczne w nas zachodzą.

Są to byty bardzo od siebie różne (mimo wspólnego rodowodu) – zasadniczo różni je przecież podejście do bardzo wielu fundamentalnych kwestii: praw człowieka, moralności, sumienia (bo przecież wywodzą się z różnych doktryn) ale i na przykład do samego prawa, nie tylko do prawa UE (choć po trosze w tym względzie jedno nieco z drugiego wynika). Problem z obojgiem – i jest to zdaje się – niebezpieczna cecha wspólna, zaczyna się w momencie uruchamiania swoistej doktryny “wszystkie ręce na pokład”. PiS nadał sobie do tego święte prawo (uzasadniając to silnym mandatem społecznym – “przecież ludzie tego chcą, skoro nas wybrali z tak dużym wynikiem wyborczym”) i uznaje, że wolno mu więcej niż innym. PO zdaje się, że jednak już wie (bo zrozumiała), że nie będzie jej kiedyś wolno (w przypadku wyjścia z opozycji do rządzącej koalicji) i zdaje się już dobrze rozumieć, że w totalności i anty-PiSie nie tkwi wcale metoda skutecznego odsunięcia PiS od władzy. Tę totalność, w ujęciu obu obozów, widać było po dwóch ważnych wydarzeniach w polityce w mijającym tygodniu – w dość groteskowym, zasadniczo „pokazowym” procesie Adama Bodnara w Trybunale Konstytucyjnym oraz w zwolnieniu z aresztu Sławomira Nowaka. W obu przypadkach obydwie strony (zarówno w sferze faktów jak i medialnych narracji i komentarzy) szły w absolutne ekstrema, w ramach których powiedzieć można było dosłownie wszystko. Że Nowak to „więzień polityczny” z jednej strony, albo że kilkumiesięczny areszt, bez opcji widzenia się z rodziną mu się po prostu „należał”, z drugiej.

Warto tutaj wspomnieć także i o tym, że wszelkie próby stawania ponad tą walką „dobra ze złem” (bez względu na to kto jest złem, a kto dobrem) kończą się często oskarżeniami o szkodliwy dla demokracji symetryzm. I o tym właśnie jest PO-PiS – o tym, że nie umiemy, lub nie chcemy być obiektywni – łatwiej patrzy nam się na świat przez charakterystyczne dla danego obozu “okulary”, ale o tym pisałem już tydzień temu.

Zatem formuła “wszystkich rąk na pokład” a nawet i „wszystkich chwytów dozwolonych” powoli się wypala – także i w samym PiS-ie. Propaganda w Telewizji Polskiej męczy, już nawet oczy i uszy wyborcy PiS. Tezy stawiane przez różne środowiska bliskie PiS (jak te o Smoleńsku, czy o prorosyjskości partnerów Morawieckiego w Europie) zaczynają przeczyć samym sobie.

Oczywiście – PO-PiS może wyjść poza samo PO i PiS – i coś takiego obserwujemy w społecznych zachowaniach aktualnie, widząc reakcje na nowy polityczny byt jakim jest aktualnie u nas Polska 2050. Reakcje, delikatnie mówiąc, alergiczne, bez względu na to w którą z opcji politycznego sporu wnikniemy – a przecież ideą powołania do życia Polski 2050 było coś bardziej w rodzaju pomostu między obydwoma odległymi od siebie politycznymi brzegami, aniżeli kolejna alternatywa – do tego dystansu, jaki wyznaczyły między sobą do tej pory dwa wrogie sobie obozy. Tyle, że model inny niż “my i oni” wymaga wyrzeczeń i jest trudniejszy w obsłudze – a ten, który obecnie lansujemy (walka dobra ze złem – i absolutnie nic pomiędzy) można jak widać aplikować wszędzie, bo jest on w aplikacji najwygodniejszy. Zwłaszcza przy splocie naszych pewnych narodowych przypadłości (permanentnej potrzeby posiadania stref komfortu, przekonania o tym, że mamy rację, rozbudowanego ego) o czym też pisałem już tutaj tydzień temu.

Czasy przyszłe

Świadomie pomijam tu kwestie personalne w obu partiach, transfery pomiędzy nimi, oraz koalicje zawierane na szczeblu samorządowym (pisała o tym np. Izabela Kasprzak na łamach Rzeczpospolitej w 2018 roku). Bilans zysków i strat z możliwej koegzystencji obu partii to temat na pewno na osobne rozważania. Tym bardziej samorządowo zawiązywane koalicje – gdzie takie rozwiązania to często bardzo zlokalizowana rywalizacja o wpływy, ich podział, rozwiązywanie miejscowych spraw itp. Mnie zawsze bardziej interesuje to, co nam siedzi w głowach. A to co siedzi nam w głowach to, oprócz faktów, głównie perspektywy na nie. A wiemy przecież doskonale, że te zależą z kolei od punktu położenia obserwatora.

“To nie jest walka dobra ze złem” – jak słusznie zauważa Ignacy Dudkiewicz w artykule „Zakończmy epokę PO-PiS-u. Mój głos przed I turą”, ale jest to jednak swoista rywalizacja, za którą pokutujemy wszyscy. Także w sferze mentalnej – kontaktu z rzeczywistością oraz umiejętności dokonywania chłodnych osądów. Można by rzec – jaki kraj, takie Gran Derbi, wysysające siły i odciągające resztki naszej uwagi od tych sfer, gdzie być może powinna ona być skupiona bardziej, niż tu gdzie jest faktycznie.

Jak zauważył Dudkiewicz – po tym „meczu” będziemy musieli kiedyś posprzątać. O wiele łatwiej i o wiele pilniej będzie nam przecież trzeba sprzątać po „IV RP” niż po trzeciej.

Jak zauważył Dudkiewicz – jest wreszcie coś poza tą właśnie częścią historii III RP – poza Gran Derbi między PiS-em a PO. Bo przecież nawet Barca Guardioli i Real Mourinho nie trwały wiecznie – choć przecież mecze między nimi oglądało się rewelacyjnie.

Czasem nawet i z powodu niezdrowych emocji, brutalnych fauli i czerwonych kartek. A przecież nie o to w piłce chodzi. I w polityce jest w sumie podobnie. 

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Jeden komentarz na “PO-PiS nie obraża, czyli jaki kraj, takie Gran Derbi (opinia)

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.