Po PiS

Liberalne media i komentatorzy coraz częściej wieszczą: PiS tonie, obóz władzy gnije, za moment sondażowa mijanka, czy to już? No właśnie – czy to już i dlaczego to jeszcze nie teraz?

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Wnioski te nie są bezpodstawne – coraz większa ekwilibrystyka obozu władzy w kreowaniu propagandowej rzeczywistości, im bardziej odbiegająca od stanów faktycznych jest tego niezbitym dowodem. PiS łata dziury rękoma Kurskiego oraz przyjaznych mu mediów jak może – by pokazać, że zapanowaliśmy nad pandemią, zdalnym nauczaniem, nadal jesteśmy liczącym się głosem w Europie i na świecie. Strategia komunikacji obozu władzy jest więc oparta albo o propagandę sukcesu, albo o przemilczanie niewygodnych spraw (wyciek maili ze skrzynki Michała Dworczyka, afera Pegasusa) i udawaniu, że tych tematów nie ma. Każda konfrontacja z (niewygodnymi) faktami to dla tego rządu niebezpieczna i niepotrzebna utrata sił i energii.

Bo PiS od jakiegoś czasu faktycznie jest jak ranne zwierzę, które robi wszystko, by jak najlepiej ukryć się [rzed silniejszymi drapieżnikami, zminimalizować straty energii oraz nie doprowadzić do zakażenia rany. Od wyjścia z koalicji Jarosława Gowina nic już nie jest w Zjednoczonej Prawicy takie samo ponieważ od dawna cała konstrukcja tej ekipy była oparta już nie o ideologiczne czy ideowe przesłanki, lecz o liczby i matematyczne rachunki. Co do obsady stanowisk, realnego wpływu na kierunki polityki oraz, przede wszystkim, co do liczby szabel w Sejmie. Kolejne głosowania, w których sejmowa większość się rozłaziła lub które pachniały poważniejszym rozłamem (piątka dla zwierząt, lex TVN, czy ostatnio – lex Kaczyński) były na to niezbitym dowodem. A dla wielu obserwatorów sceny zwiastunem nadchodzącego stałego rozłamu w obozie władzy, a co za tym idzie, powiewem nadciągającej dużej zmiany w polityce.

Nie na darmo pisze się dziś o różnych obozach i frakcjach w rządzącej ekipie (doliczono się nawet pięciu: ziobryści, Nowogrodzka, Pałac Prezydencki, otoczenie premiera oraz Woronicza – do którego sam chętnie dopisałbym obóz nr 6 – Radio Maryja oraz ulubieni politycy ojca Tadeusza Rydzyka). Aktualnie mamy do czynienia ze sporami w obozie władzy co do kształtu rozładowania napięcia z UE wokół reformy sądownictwa a także co do kształtu samej reformy (na chwilę obecną są to dwa projekty dotyczące likwidacji problemantycznej Izby Dyscyplinarnej: prezydencki oraz pisowski, a do tego ma pojawić się jeszcze trzeci – autorstwa Solidarnej Polski, czyli de facto czołówki Ministerstwa Sprawiedliwości). A takich przykładów dwugłosu, czy nawet swoistego „wielogłosu” w innych sprawach jest w obozie władzy coraz więcej – czy i jak zabrać się za sprawę Pegasusa, jak układać relacje międzynarodowe etc.

Tak źle w Zjednoczonej Prawicy zdaje się nie było jeszcze nigdy od 2015 roku. Czy zatem władza PiS tonie? Czy jest już wystarczająco zmęczona sama sobą a także ciężarem rozpoczętych inicjatyw, wojenek i narracji, które stają się ze sobą coraz bardziej sprzeczne oraz coraz trudniejsze do obrony, nawet w bogato finansowanych aparatach propagandy?

Liczby, lecz przede wszystkim humory zarówno Ziobry jak i Kaczyńskiego, wypowiedzi Terleckiego czy Jakiego (otwarta krytyka prezydenta) to jedno, ale wobec tak oczekiwanego upadku tej władzy (czym w zasadzie, w oczach najbardziej liberalnej części opozycji lub tej najbardziej antypisowskiej jest w ogóle upadek tej władzy? Rządem mniejszościowym? Przegranymi przez PiS wyborami? Sondażowym dołem tej ekipy poniżej 15%? Skompromitowaniem się władzy jakąś trudną do wyobrażenia aferą? Czy wreszcie czymś na kształt zmiany najbardziej radykalnej – wymazania PiS i wszystkiego co z nim kojarzymy z życia publicznego oraz politycznego?) niespełniony pozostaje jeden warunek – społeczna gotowość do zmiany.

Władza sypie się i gnije – to pewne. Sypać się i gnić w sposób taki jak obecnie może jeszcze wiele miesięcy (a nawet lat), czy oznacza to jednak, że w momencie potencjalnego nagłego upadku gabinetu Mateusza Morawieckiego, jesteśmy już jako naród mentalnie gotowi do „życia po PiS”?

Niekoniecznie. Oczywiście prawdą jest, iż zmiana władzy następuje zawsze wobec niezadowolenia oraz poczucia porażki dużej części społeczeństwa; wybory wygrywają bowiem ci, na których ta część nie głosowała. Nie jestem jednak przekonany co do tego, iż społeczny opór, niezadowolenie, oraz zmęczenie aktualną władzą już osiągnęło w naszym kraju masę krytyczną. Przeciwnie – jest wiele przesłanek sugerujących, iż, mimo sondażowych spadków, nadal ogromna część społeczeństwa aktualnej władzy ufa (albo nie ufa ich potencjalnym zmiennikom), pokłada w niej jakieś nadzieje, nie widzi ich wad, lub liczy, że tradycyjnie problemy jakoś same się rozwiążą lub znikną.

Walentynkowa laurka wystawiona dziś na układce Donaldowi Tuskowi przez Newsweek awizuje przewodniczącego PO jako „wybitnego przywódcę narodowego”. Oczywiście, jeszcze nie teraz oraz nie bezwarunkowo. To wszystko ma być dopiero melodią przyszłości – czyli melodią momentu kiedy, zdaniem naczelnego, Donald Tusk zawrze nową społeczną umowę z narodem polskim.

Zgadzam się z naczelnym pisma, bo zgadzam się z przekonaniem, że aby w Polsce dokonał się w pełni tak zwany „upadek PiS”, PiS musi upaść przede wszystkim w społeczeństwie. A zatem te wszystkie metody sprawowania władzy, jakie obserwowalismy przez 7 ostatnich lat: klientelizm, nepotyzm, ochrona „swojaków” bez względu na okoliczności, legitymizacja rozmontowywania ustrojowego państwa transferami gotówki w ramach polityki społecznej (pieniądze za „trzymanie języka za zębami”), wzbudzanie poczucia nieufności w społeczeństwie, ciągłe pozycjonowanie się w rolach zbawców narodu, szukanie wrogów, pudrowanie własnych niedoskonałości propagandą sukcesu i notorycznym zrzucaniem odpowiedzialności na innych, muszą zostać społecznie potępione i uznane za niegodne sprawowania władzy na szeroką społeczną skalę. Tymczasem w ocenie znacznej części społeczeństwa te wszystkie zabiegi i działania władzy albo im nie przeszkadzają, albo nie są wystarczającym powodem do tego, by tę ekipę uznać za niegodną sprawowania dalszej władzy w kraju.

Liberalni komentatorzy, publicyści oraz politycy, często nieukrywający wprost swych relacji oraz sympatii względem Koalicji Obywatelskiej, chcieliby tej zmiany jak najszybciej. Bo przecież „każdy kolejny dzień z PiS u władzy to dzień zmarnowany finansowo i moralnie”. Owszem, zgoda – tylko jaka jest propozycja zapełnienia owej pustki – przede wzystkim moralnej (tożsamościowej) w przypadku odsunięcia PiS od władzy?

Nawyki, schematy myślowe oraz społeczne odruchy, zwłaszcza tej części społeczeństwa, która pozostaje tożsamościowo i ideologicznie konserwatywna (a przez to łaskawsza wobec metodologii rządzenia państwem przez PiS) nie ulegną zmianie w trakcie jednego wieczoru wyborczego, jednej kampanii wyborczej, czy nawet prawdopodobnie w ciągu trwania jednej kadencji. „Duch PiS”, nawet mimo przekonującego zwycięstwa opozycji, nadal w narodzie pozostanie silny. I obawiam się, że popularne aktualnie w obozie opozycyjnym slogany „delegalizacji PiS, likwidacji TVP info, oraz głębokich rozliczeń i przewartościowania życia pozapolitycznego w Polsce” nie zostaną powitane z serdecznością przez dużą część społeczeństwa, o ile nawet nie pomogą w utrwalaniu „mitologii PiS” oraz utrzymywania pisowskiego ducha w narodzie. Tym bardziej, że zmiana władzy w kraju wcale nie oznacza nagłego przeskoczenia z konserwatywno-prawicowej metalności u znacznej części narodu na liberalno-lewicową, jak wskazuje z kolei życzeniowe myślenie znacznej części opcji opozycyjnej. W tym świetle rola coraz starszego Tuska jako „wybitnego przywódcy narodowego” ma coraz mniejszą szansę powodzenia z każdym kolejnym miesiącem.

Nie chodzi mi tu wcale o to, że nie należy „sprzątać po PiS”. Bo należy. Gotowe projekty, które obecna opozycja już dzierży w rękach (jak np. odkręcania „deformy” wymiaru sprawiedliwości autorstwa Iustitii) dają nadzieję i przekonują, że jest to możliwe. Chodzi mi tutaj o to, że zarówno strona rządząca, jak i główna siła opozycyjna aktualnie komunikują się przede wszystkim ze swoim najtwardszym elektoratem. W ich przekazach brak pojednawczego (czy nawet jakiegokolwiek) szerszego komunikatu dla zwolenników przeciwnej opcji. Wyborca PiS w żaden sposób nie jest w stanie przekroczyć bariery tych wszystkich „likwidacji TVP Info” i „delegalizacji PiS”, gdyż dla niego takie pomysły (a przynajmniej ich sposób wyrażania) są niezbitym dowodem na utrzymywanie układu, w którym to dwie duże polityczne partie walczą wyłącznie o utrzymanie wpływów, a przede wszystkim walczą same ze sobą. Jeżeli chcemy symbolicznej „delegalizacji PiS”, pomysły na jej kształt oraz programową objętość powinny być przedstawiane w sposób pozytywny, a także zakodowane w konkretne inicjatywy oraz rozwiązania programowe.

W 2005 roku Sojusz Lewicy Demokratycznej, skompromitowany faktycznymi aferami łączącymi ówczesne życie polityczne z niejasną przeszłością oraz powiązaniami, uzyskał w wyborach parlamentarnych 11,31 %, przy 41,04 KKW Sojuszu Lewicy Demokratycznej – Unii Pracy, osiągniętymi w roku 2001. Zmiana wektora społecznych aspiracji, potrzeb oraz czucia polityki o 30% była aż nadto wyraźnym świadectwem i zarazem powodem istotnej zmiany na scenie politycznej, lecz także i w społeczeństwie. Potrzeba zamknięcia rozdziału „postkomunistycznej części transformacji” oraz otwarcia się na nowoczesne, reformatorskie perspektywy wynikające z naszego członkostwa w UE (unijne fundusze, otwarcie dla Polaków europejskiego rynku pracy) była oczywista i takie było też przebiegunowanie politycznego krajobrazu w 2005 roku. Dziś wydaje się, że potrzebujemy takiego samego resetu jak wtedy. Jeżeli jednak samo społeczeństwo jeszcze samo nie dojrzało do zrzucenia z siebie cieżaru obecnej władzy, trzeba mu w tym pomagać. Ta druga opcja jest jednak o wiele bardziej kosztowna, wymagająca czasu oraz cierpliwości. I w takim wydaniu może ciągnąć się równie długo, jak ciągnąć się może rozkład i upadek władzy PiS.        

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.