Pokój a pokój

Ileż to razy w Wielkim Poście usłyszeliśmy, że Papież modli się lub apeluje o pokój w Ukrainie? Ileż razy sami życzyliśmy Ukraińcom pokoju? Czym jest jednak ten pokój, którego mogą oni chcieć i czy jest on w sferze emocjonalno-duchowej w ogóle osiągalny?

Pokój, który czujemy pod skórą, który mamy i którym chcielibyśmy dzielić sie z Ukraińcami to coś więcej niż pokój w wymiarze politycznym, czyli stosunki między państwami, lub wewnątrz nich, oznaczające brak wojny, wykluczające konflikt zbrojny i używanie przemocy. Pokój to dobrowolne uznanie godności i podstawowego prawa do istnienia oraz samostanowienia drugiej osoby. Pokój to serdeczność. Empatia. Chęć współpracy. Pokój to minimum akceptacji i tolerancji.

To, co Ukraińcy jako społeczeństwo mają szansę względnie osiągnąć na skutek potencjalnych pokojowych rokowań (które i tak na ten moment wydają się bardzo odległe, biorąc pod uwagę rozpoczynającą się właśnie drugą fazę wojny), to spokój, nie pokój. Czyli stan, w którym nie zakłada się, iż na podwórko spadnie rakieta, a do mieszkania wkroczy banda pijanych i niewyżytych przebierańców z którejś z satelickich republik Rosji. Jak bardzo ten spokój jest cenny i jak boimy się go stracić przekonalismy się po poniedziałkowym ataku na Lwów, który do jakiegoś momentu był psychologiczną barierą i czymś w rodzaju enklawy wolnej od działań zbrojnych. Zadrżęliśmy wszyscy – nie tylko Ukraińcy mieszkający (na stałe lub tymczasowo) tamże. Coś zabolało także i w nas, tutaj. Im bliżej Lwowa fizycznie, tym pewnie zabolało bardziej.  

Jeżeli mamy życzyć jakkolwiek i komukolwiek pokoju na Ukrainie, trzeba by życzyć wszem i wobec mentalnego opamiętania się w Rosji. Ale ono nie przyjdzie przecież, jak to się dziś często modnie mówi, overnight. Nie wraz ze złożeniem traktatowego podpisu, jaki w sensie politycznym może gwarantować pokój. W Rosji musiałoby się zdarzyć coś z czym nie mieliśmy do czynienia we współczeczności na zbliżoną choć skalę, a co zbiorowej wyobraźni mogło się i tak jedynie przyśnić w czasach napoleońskiej szarży na Moskwę, lub hitlerowskiej na ZSRR. Pamiętamy z jakimi skutkami.

No, ale dziś już czasy wojen konwencjonalnych przecież minęły – mówili. Państw nie podbija się już artylerią i piechotą – mówili. To Rosjanie zaszczepili w naszych umysłach w latach 2013 – 2014 widmo wojny hybrydowej. Czy Świat stać tak naprawdę na to żeby wyprane rosyjskie mózgi znów (a może tak naprawdę po raz pierwszy) zabarwić kolorami? Barwami nadziei, miłości i pokoju? I jak ma się to stać? Hybrydowo? Cyfrowo? Na poziomie mediów społecznościowych?

W sferze naszych pragnień o „resecie rosyjskiej duszy” i zabarwienia wypranych rosyjskich mózgów kolorami to, co powinno mieć miejsce to nic innego jak terapia. Terapia tego narodu. A kto miał do czynienia z terapią ten wie, że terapie bywają trudne, żmudne, nieudane. Powtarzane. Nie przynoszą często oczekiwanego rezultatu. Nie przynoszą nigdy finalnego rezultatu, tylko same w sobie bywają celem aby jedynie podtrzymywały minimalnie pożądany stan. A terapeuci często bywają w ich trakcie oszukiwani.

Terapeutyczne wychodzenie z problemów, uzależnień i traum często trwa latami. Teraperutyczne wyjście rosyjskich umysłów i dusz z tego w czym dziś tkwią mogłoby i musiałoby potrwać dekadami. Bo tak jak nie minął wcale czas wojen konwencjonalnych, zastąpionych już na dobre hybrydowymi, tak i tradycyjnego procesu transformacji terapeutycznej nie zastąpi cyfrowy, czy elektroniczny. Czy nawet hybrydowy – kolejne modne słowo. To nie Telegramy, virale, banery, memy, czy ogólna potęga mediów społecznościowych zmienią rosyjską dusze. Jeżeli ma ją coś zmienić, może to zrobić coś co było w stanie czynić takie rzeczy od zawsze: opowieść. Słowo. Kultura, oświata, praca u podstaw. Reformy. Styl życia. Literatura. Prawda. Przejrzystość. Transparentność. Prawa człowieka. Społeczeńsgwo obywatelskie.

Skoro więc na święta Ukraińcy nie dostąpili pokoju (choć prawosławne święta jeszcze przed nami), życzmy im spokoju po świętach. Kiedykolwiek miałoby to być, jak najszybciej i niezależnie od kalendarza jednego, czy drugiego odłamu. 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.