Potęga żywego instrumentu

Jeżeli organizatorzy i artyści tegorocznego FEST Festival w Chorzowie mieli ambicje by w tym roku dokonać popandemicznego rozruchu branży oraz koncertowej publiczności – cel ten osiągnęli z nawiązką, a nawet udało im się osiągnąć coś jeszcze.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

FEST Festival to na polskiej scenie eventowej pozycja dość nowa (w tym roku odbyła się jej druga edycja), jednakże będąc na miejscu można było odnieść wrażenie, iż tradycja to minimum kilkuletnia (świetny line-up, ponad dwustu artystów, strefy relaksu, warsztaty, wystawy). Branża eventowa się profesjonalizuje i rozwija – a covidowe „zakłócenie ciągłości” zdaje się być czynnikiem wręcz motywującym do dalszego rozwoju aniżeli zaciągniętym na nim hamulcem ręcznym.

FEST jeszcze trwa, ten tekst nie jest zatem rysem historycznym ani żadną próbą podsumowania całości. Nie jestem ekspertem ani komentatorem branży, szersze dyskusje nad nią zostawiam zatem zawodowcom. Podobnie ewentualne kontrowersje wokół hałasu w sąsiedztwie śląskiego Osiedla Tysiąclecia oraz chorzowskiego zoo, ponieważ wśród bardzo dobrego odbioru i odczuć wobec festiwalu w Parku Śląskim pojawiły się i takie emocje.

Skupmy się jednak na meritum a meritum to przecież jakby nadal sama muzyka. Pamiętając oczywiście o całej rozrywkowo-społecznej otoczce (o której pisaliśmy także i tu, przy okazji Pol’And’Rock Festival), dzień który spędziłem na Feście był mocnym powrotem do muzycznego core’u – instrumentalu i wokalu. Bo choć elektronika, sample i nowoczesne taneczne covery starych przebojów mocno zawładnęły w ostatnich latach muzyczną wyobraźnią i rynkiem, także w wydaniu festiwalowym, prawdziwa moc jest nadal w żywych instrumentach i tego co jeszcze da się z nich wydobyć. W nich, a także w wokalnych aranżacjach, bez potrzeby wzmacniania ich dodatkowym ładunkiem basowym.

Tak było choćby przy okazji występu Kerala Dust na Silesia Stage – londyńskiej formacji, opierającej się głównie o samplery i mikser, lecz chętnie korzystającej także z potencjału żywego instrumentu. Tak było też w czwartek, gdzie podczas godzinnego seta bardzo dobrą robotę robiła gitara (co prawda elektryczna, lecz jej performance zawsze zależy przecież od umiejętności artysty). Podobnie było za konsoletą, gdzie wszystkie utwory były warsztatowo bardzo dobrze zmiksowane (a dlaczego to takie ważne – o tym ostatni akapit).

Następnie pielgrzymka pod główną scenę, gdzie planowaliśmy zostać już do końca koncertu (z małym wyskokiem na Sanah, o tym za chwilę). Tam „dzień zrobił mi” Kwiat Jabłoni – błyskotliwe i inteligentne rodzeństwo z Warszawy, grające bardzo bogaty i progresywny indie rock. Mocno balladowy, ale sam koncert przebiegał już w najlepszym możliwym koncertowym wydaniu (mimo jeszcze wczesnej pory i dziennego światła). Znów dobrze wybrzmiały instrumenty (perkusja i klawiszowce), artyści dali pokaz indywidualnych umiejętności, przy znakomitych wokalach, różnorodności oraz świetnej interakcji z publiką. Koncert, który był dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem i tak zostało już do końca tego długiego dnia.

Pod koniec występu wspomniany wyskok na Sanah – bardzo popularnej ostatnio artystki z Warszawy (prawie 100 tys. sprzedanych egzemplarzy pierwszego albumu wokalistki, Królowa dram, z maja 2020 roku). O tym jak bardzo popularnej mogły świadczyć ciągnące na koncert tłumy (w tym także spory odpływ publiki spod Main Stage i Kwiatu Jabłoni), szczelne zapełnienie Tent Stage (a nawet bardziej niż wypełnienie – spora część publiki obserwowała występ już spoza „obrębu” sceny namiotowej) a także reakcje tłumu, który największe przeboje artystki odśpiewał w zasadzie za nią. Sanah to w tym momencie muzyczny samograj – szczyt popularności, entuzjastycznie i licznie reagująca publika, jej charakterystyczny wokal, lecz znów – aranżacyjne niespodzianki, jak (równie) charakterystyczne dla niej na scenie skrzypce, oraz, przede wszystkim, gościnny występ Grzegorza Turnaua, który zdecydowanie zrobił pod namiotem tego popołudnia ogromne wrażenie.

Potem szybki powrót pod Main Stage gdzie już meldował się Krzysztof Zalewski – dobry, solidny, nakręcony, ale chyba tego dnia jakoś bez błysku, zarówno u siebie jak i wśród publiczności. Koncertowi zabrakło jakby ‘czegoś ekstra” – albo nie było tego pod sceną i w występie znanej od lat gwiazdy, albo miało być gdzieś indziej i dopiero nadejść – jakby wszyscy czekali na godzinowy prime time i występ Bass Astral x Igo zaplanowany na 21:30.

Duet z Krakowa to spore odkrycie sceny alternatywnej, koncertowej i imprezowej w Polsce ostatnich lat. Kuba Tracz i Igor Walaszek mocno eksperymentują – coverując elektronicznie znane przeboje, samplując i komponując po swojemu, wplatając w swoje występy elementy symfoniczne (kwartet smyczkowy, sekcja dęta oraz sekcja rytmiczna). Tak było i tym razem a energetyczny duet postawił mocno na koncercie na towarzysząca mu formację Ensemble – sześcioosobowy zespół wspierający chłopaków z Krakowa chórkami, wokalem, oraz żywymi instrumentami. Fani starszych i bardziej skocznych numerów mogli być nieco zawiedzeni; grano głównie ballady oraz mocno instrumentalne numery, lecz koncert i same wykonania stały na bardzo wysokim poziomie. Był też smaczek – Igo zapowiedział iż ich numer „Feeling Exactly” zasili ścieżkę dźwiękową nowego serialu Netflixa „Otwórz Oczy”. Na skutek takiej aranżacji nieco w cieniu Ensemble pozostał sampler i producent Kuba Tracz, który na scenie był trochę rekwizytem i nie bardzo mógł pokazać własny zestaw umiejętności, o czym Igo przypomniał sobie pod koniec koncertu zapowiadając jego mocniejsze zakończenie. Być może jest to też powodem zakończenia 6 letniej współpracy między Kubą a Igorem – zespół właśnie ogłosił, iż kończy wspólną działalność w takim kształcie, każdy być może potrzebuje własnej ścieżki i wyzwań, zapewne także w kierunku instrumentalu i projektów symfonicznych. Odpowiedzi może przynieść ich ostatnia trasa koncertowa, którą właśnie ogłoszono, a że chłopaki potrafili dawać niegdyś czadu, widać na poniższym nagraniu z 2019 roku (w bonusie z Krzysztofem Zalewskim!).

Instrumenty, wokale i aranżacje zdecydowanie zatem w czwartek wygrały. Nie przyćmił ich nawet występ elektronicznej gwiazdy wieczoru – Alana Walkera.  Mimo dużej popularności tego występu (oraz świetnej aranżacji świetlnej), jego układana zapewne przed koncertem puszczana playlista utworów (w zasadzie bez mikserskiego, djskiego kunsztu) warsztatowo wypadła bardzo blado przy wcześniejszych osiągach wspomnianych artystów. Ale cóż – takie trendy, one ciągle mają się dobrze i nie można mieć o to do nikogo żalu. Czas pokaże, lecz moim zdaniem wielkie sceniczne występy takich „gigantów” scen elektronicznych jak właśnie Alan Walker, czy David Guetta to już coraz bardziej kwiatki do kożucha, aniżeli faktyczne gwiazdy wieczoru, które grają w prime time pewnie przede wszystkim nadal z racji pieniędzy, które trzeba zapłacić, aby ich na tego typu festiwale móc w ogóle ściągać.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

02 comments on “Potęga żywego instrumentu

  • Szymon , Direct link to comment

    Niby też bardziej doceniam muzykę na żywo, śpiew na żywo, użycie instrumentów itp., ale co ciekawe, to występ Alana Walkera zrobił na mnie największe wrażenie. Może tak po prostu jest, że współcześni DJ-e to osby na kształt kapłanów, którzy swoją obecnością wzmocnioną potężnym nagłośnieniem oraz rozbudowanym oświetleniem są w stanie przybliżyć nas do absolutu :)) Na marginesie, miał świetnie przygotowany ten set, cały czas trzymający w napięciu.

  • Adrian Stacherczak , Direct link to comment

    To jest jednak piękne, że każdy ma inny odbiór tej samej sytuacji (np. koncertu). Każdy ma też inne “ucho” a także inaczej może widzieć daną sytuację ogółem 🙂 Być może na moją ocenę wystepu Alana Walkera (a raczej na pewno) wpłynęło to, że nie widziałem całości tego wystepu. Dzięki za cenny komentarz, pozdrawiam ! : )

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.