„Program” w ramach programu, czy… nadprogramowo?

„Odsuńmy od władzy PiS a następnie zajmiemy się programem.” „Jedyny wyborczy program opozycji to odsunięcie od władzy PiS.” – te dwa zdania w dość zgrabny sposób podsumowują styl w jakim w ostatnim czasie dyskutuje się w naszym kraju na temat programów wyborczych. I choć są to zazwyczaj dyskusje w obrębie tzw. „baniek informacyjnych” (odpowiednio – skupionych wokół opozycji, oraz obozu rządzącego), warto przyjrzeć się jak dziś, w naszej kipiącej od emocji sferze publicznej, pisze i mówi się o programach politycznych partii.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Czy ważniejsze od programu wyborczego jest w istocie to co partia robi i mówi wyborcom? A może schlebianie wyborczym gustom i mówienie im tego, co chcieliby usłyszeć? Odnoszę wrażenie, że w naszym rodzimym kociołku politycznym wszystkie te składniki mocno się już zdążyły ze sobą wymieszać, co rusz podgrzewane do temperatury wrzenia przez kolejne skandale, afery, kontrowersyjne wypowiedzi…

Zachętą do tej refleksji był dla mnie rzecz jasna powrót Donalda Tuska a także warkocz komentarzy i opinii jaki od dwóch tygodni za byłym premierem po kraju się ciągnie. Mam wrażenie, iż w gronie jego najwierniejszych sympatyków oraz medialnych satelitów już sam fakt powrotu Tuska wywołał na rodzimej scenie niemałe poruszenie, a wręcz tąpnięcie. Dało się słyszeć, iż w samym PiS wybuchł spory popłoch, stąd większe zaangażowanie propagandowej TVP na rzecz czarnego PR-u wszystkiego co z Tuskiem związane. Towarzyszyły temu coraz to liczniejsze komentarze dotyczące tego jak to teraz będzie – czy sondażowe drgnięcie PO będzie trendem stałym, czy raczej jest powiewem letniej świeżości „nowego” Tuska? Wszystko to w połączeniu z coraz częstszymi pytaniami o sam pomysł Tuska na czas „po powrocie”, o pomysły, inicjatywy, zespół, oraz – mityczny „program”.

Z jednej strony, już nawet dość mocno ze stroną opozycyjne zaprzyjaźnione redakcje (Newsweek, Polityka), dość szybko biły na alarm, że sam „powrót Tuska” to tylko slogan i hasło – że za moment trzeba nie tyle układać wewnętrznie Platformę (co zdaje się być na szczycie listy priorytetów Tuska po powrocie), lecz też i układać Platformę na zewnątrz – pod kątem zdolności partnerskiej i koalicyjnej z innymi ugrupowaniami oraz do ludzi – pod kątem programowym, ofertowym, dialogowym. „Sam anty-PiS nie wystarczy” – mówią co bardziej krytycznie nastawieni do takiej emocjonalnej formy polityki i twierdzą, że takie punktowe uderzenia w elementarne społeczne emocje (PiS to zło) to najlepsze co Tusk może czynić po swoim powrocie do Polski, ale to przecież nie wysytarczy. Być może tak… czy jednak nie jest to zatem paliwo, które, mimo, że kaloryczne, to także i dość szybko się spala?

Mam wrażenie, że od przeszło dekady polska polityka jest szczególnie skalibrowana na silne społeczne emocje i grę nimi. Punktem granicznym jest tu oczywiście katastrofa smoleńska – jak pokazały lata późniejsze – coś najgorszego co mogło przydarzyć się nie tylko rodzinom ofiar, lecz także polskiej debacie publicznej. Ostro było już w kilka tygodni po wypadku, na Krakowskim Przedmieściu. Trudno nie odnieść wrażenia, że lepsze zarządzanie kryzysem w tamtym czasie, zarówno przez władze miasta Warszawy, jak i organizatorów przeróżnych marszy, miesięcznic czy obrony krzyża, mogłoby ten tlący się tam konflikt wyciszać zamiast go eskalować. Pytanie czy ktoś miał w tym interes i czy w ogóle była taka wola z choćby jednej strony. Moim zdaniem nie.

Tamte emocje były w jakimś sensie obu stronom potrzebne – stronie pisowskiej aby wyładować nimi świeżą narodową traumę, niezrozumienie ogromu tragedii, chęć wyrażania straty po swojemu (miesięcznice, marsze). Stronie wtedy rządowej (głównie PO) do tego, by nie ulec i nie ugiąć się pod presją pisowskiej wersji nie tylko już samej narodowej żałoby, lecz także i, z biegiem czasu, samego przebiegu katastrofy. Narodowy podział został zabetonowany i umocniony na lata, a emocje – i tak już przecież w polityce wyraźnie obecne – zostały zaprzężone już nie tylko do walki dobra ze złem, lecz także i momentami – do walki na śmierć i życie.

Jak się rzekło – emocji w polityce było dużo już wcześniej, ale one przecież generują się zawsze wokół dużych politycznych centrów i ośrodków. Tak było przecież w latach 2002 – 2005 – w czasach namacalnej europejskiej integracji, reformatorskiego tonu, sprzątania Polski po postkomunistach, reformy wymiaru sprawiedliwości. Tusk i Kaczyński dużo potrzeb i emocji w tych sferach wygenerowali i im bardziej od 2005 roku stawali po dwóch stronach barykady, tym silniej te emocje musieli wokół siebie podtrzymywać a nawet eskalować.

Ale to były jeszcze inne czasy – gdy mieliśmy do wygrania więcej integracją europejską niż dziś (przynajmniej strukturalnie i funduszowo), gdy psychologiczny dystans do zachodu był odleglejszy (a sam zachód w prawicowej wersji historii nie był aż takim ośrodkiem zła jakim jest dziś). Dziś Tusk wyzywa na debatę Kaczyńskiego – lecz o czym mieliby oni rozmawiać, jak nie o emocjach dzielących kraj? Kto co zrobił gorzej, to przede wszystkim. Bo kto dał więcej – tu sprawa jest jakby oczywista, nikt ludziom nie dał więcej po 2015 niż PiS i to, chyba w ocenie polityków i komentatorów, załatwia sprawę. Bo skoro PiS ma teraz nieograniczone środki i swój program nadal będzie zapewne opierał na tej czy innej formie rozdawnictwa – może dyskutować o programach nie ma już sensu? Może na tym polu PiS wyprzedza całą opozycję już o 7 reformatorskich lat i nie ma już szans na programowe odrabianie dystansu?

Jest grono polityków, komentatorów i ekspertów, które twierdzi, iż w ogóle polityka winna być oparta głównie o emocje a nie o programowe zawiłości. Bo emocje są tu i teraz – są na wierzchu, są wręcz namacalne, łatwo dostępne w świecie gdzie mamy tyle na głowie i gdzie drugie tyle nas rozprasza (praca, dom, internet, rozrywka). Na programy zaś nie ma czasu, albo nie ma go teraz – kto chce, owszem, niech czyta, ale liderzy polityczni powinni licytować się głównie na emocje.

Marek Migalski, były europoseł w latach 2009-2014, obecnie znany publicysta, komentator polityczny oraz pisarz, w swojej działalności (opartej mocno o naukowy dorobek kognitywistyki, prymatologii i neurobiologii) bada społeczne zachowania polityczne. Uważa on, iż człowiek jako istota biologiczna, od dziesiątek tysięcy lat poddawana była różnym stanom i bodźcom przede wszystkim emocjonalnym (walka o przetrwanie, polowania, wojny, głód, zdobywanie pokarmu) aniżeli racjonalnym (tworzenie bardziej skomplikowanych relacji i struktur społecznych), i dlatego emocje w polityce są tym czymś do czego odwołujemy się szybciej i w sposób bardziej naturalny – to ewolucja bowiem tak ukształtowała nasze umysły. Na tym samym aspekcie zdają się cały czas bazować choćby tabloidy i portale plotkarskie – gdzie im bardziej sensacyjna, a nawet „zła” wiadomość, tym większy kapitał emocjonalny (a co za tym idzie – finansowy) jest ona w stanie wygenerować. Postawa ta zdaje się z nas często, jak to się mówi, „wychodzić” przy okazji tego jak dyskutujemy o partiach i ich politycznych programach. PiS, owszem, daje i to jest istotne, ale PiS adresuje także inne pierwotne instynkty – poczucie bezpieczeństwa przed wrogiem zewnętrznym (Unia, Zachód), karanie i prześladowanie wrogów ojczyzny („kasta”), ochrona tradycyjnych wartości rodzinnych przed złem. Platforma? – Proszę bardzo – broni nas przed złem, jakie reprezentuje i roztacza wokół siebie PiS. Na tle tej wyraźnej dychotomii o której często tu wspominam widzę dwie inne formacje – PSL oraz Polskę 2050. Ugrupowania, które pracują bardziej programowo, a mniej emocjonalnie. I co w związku z tym? PSL jawi się jako ugrupowanie nudne, mało atrakcyjne, satelickie oraz z niezbyt wyraźnym przywództwem. Polska 2050? Coś robią, piszą programy, owszem, ale wielu ludzi nadal nie widzi w nich realnej siły, która mogłaby wbić klin między PiS i PO.

Zwolennikom neuropolitycznej „teorii emocji” chętnie przypominam jednak, że to głównie założenia programowe przyczyniły się do wyborczego sukcesu „dobrej zmiany” w latach 2015 i 2019. W tym drugim roku – wiosną 2019, z sondażu Instytutu Pollster dla “Super Expressu” mogliśmy się dowiedzieć, że konkretnych przyczyn dla których Polacy popierają PiS jest wiele. Najczęstszą odpowiedzią była “dbałość PiS o zwykłych ludzi i wyprowadzanie Polski z biedy” – wskazało ją 41 proc. ankietowanych. 30 proc. stwierdziło też, że politycy PiS “są uczciwi i robią porządek z aferami, które pojawiły się za rządów poprzedniej władzy”. 28 proc. stwierdza, że partia Kaczyńskiego doprowadziła do rozwoju polskiej gospodarki, wprowadziła 500+, a także “broni polskich interesów”.

Widać tu wyraźnie, że zaplecze programowe (jakkolwiek byśmy tych programów i reform nie oceniali) było te dwa lata temu nadal dominujące nad zapleczem ideologicznym (a więc bardziej emocjonalnym). W przytaczanym badaniu tylko 25 proc. Polaków zauważyła, że partia rządząca chroni polskie zwyczaje i wartości. Tylko lub aż – jednakże jest to zasadniczo mniej aniżeli w obszarze programowym – a to właśnie „polskie zwyczaje i wartości” oraz podejście do nich wywołują w debacie publicznej duże emocje (wychowanie dzieci, mniejszości seksualne, narodowe itp.). Oczywiście – trend ten może się zmieniać, lecz zmieniać się może także jego wektor, aniżeli cały kierunek – obecne czasy są finansowo niezbyt dla rządu korzystne, a i nawet duża rządowa inicjatywa „Polskego Ładu” zdaje się Polaków uspokajać niewystarczająco. I znów – skoro z „Polskim Ładem” i jego społecznym odbiorem są problemy – opozycja mogłaby ten fakt wykorzystać i przedstawić swoją programową odpowiedź na inicjatywę PiS. Póki co jednak w dużej części opozycji (Platforma) takiej potrzeby nie ma – tam wciąż panuje przekonanie, że „najpierw odsunięcie od władzy PiS”, a potem program. Platforma z Lewicą póki co liżą rany z pierwszej połowy roku i zdają się układać na jesień na nowo. Programowo pracują za to PSL, Konfederacja i Polska 2050. Ale jak się rzekło – programowo, czyli mniej widowiskowo. I to przynajmniej, zdaniem informacyjnych baniek, nie jest póki co na tyle ciekawe by dyskutować o tym na większą skalę.

Słychać też często w tuskowym komentariacie takie sformułowanie: nie ma co teraz prezentować programu, bo wszystko to i tak podkradnie PiS i zostaniemy z niczym, zwłaszcza gdy do wyborów dwa lata. Z jednej strony może i owszem – dwa lata. Jednak sam Jarosław Kaczyński jest świadom wyborów przyspieszonych, na przykład wiosną przyszłego roku. Czy wobec tego będzie wtedy wystarczająco dużo czasu żeby założenia programowe wypakowywać i dostarczyć je wyborczym podniebieniom na czas? Problem w sumie tych, którzy z programem się nie spieszą, na pewno nie mój.

Rafał Kalukin w ostatniej „Polityce” pisze: „Hołownia faktycznie nie ma teraz pod ręką sensownych scenariuszy. Ci, którzy dostrzegli w nim potencjał na pokonanie Kaczyńskiego, w sporej części odeszli pod skrzydła Tuska. Dalej łaskawie i z optymizmem patrzy na ruszający za miesiąc Campus Polska Rafała Trzaskowskiego: „Hołownia nie planuje równie spektakularnych imprez, jego możliwości finansowe zapewnie są zresztą uzależnione od wzrostów, bądź spadków poparcia”. Owszem, Hołownia nie planuje dużego społecznego eventu jak Trzaskowski. Na Campusie Polska swoją obecność zapowiedzieli już Brodka, Krzysztof Zalewski, Tomasz Organek, Jan Komasa czy Jakub Żulczyk. Czy wobec tego (także i życzeniem redaktora Kalukina) mamy dyskutować już bardziej o programach imprez zamiast o programach partii na przyszłość? A realne poparcie ma być sprzężone głównie z terenowo-eventową oprawą działań partii aniżeli z jej analizami, opracowaniami eksperckimi i realnymi inicjatywami, zarówno dziś, jak i przyszłości? 

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.