Rok pandemii w Polsce – rok (pod)upadłych autorytetów

Rok pandemii w Polsce, od marca do marca, paradoksalnie był dla mnie udany – zmieniłem pracę i samochód na takie bardziej zbliżone do moich wymarzonych. Praca zdalna pozwoliła mi poczynić większe oszczędności. Był też w jego trakcie oczywiście moment „covidowy” – lecz dla mnie i bliskich na szczęście niegroźny. Nie będzie to jednak wywód prywatny – z okazji pierwszych urodzin pandemii Covid-19 w Polsce, chciałbym spojrzeć na to z innej strony.

Rok był to niesłychany. Od czasów Czarnobyla, chyba nic tak mocno nie wybrzmiało w grupowej świadomości jako coś, co realnie może zagrozić naszemu zbiorowemu zdrowiu i życiu oraz poczuciu bezpieczeństwa jak właśnie pandemia Covid-19. Pandemia dziwna, o której to powstało i powstaje wiele znamienitszych niż ten tekstów, dlatego ja sam nie będę o niej dużo pisał. We’re in this together  – dlatego pozwolę sobie pominąć jej ocenę, czy moje subiektywne odczucia wobec niej ponieważ każdy ma przecież swoje. 

Mi wystarczy napisać, że od początku to dla mnie pandemia absurdów i sprzeczności – pandemia dziwnych obostrzeń na samym początku i dziwnych “poluzowań” w najgorszych fazach jej trwania. Oczywiście – na początku i my – zwykli śmiertelnicy, oraz nasi bogowie – rząd Zjednoczonej Prawicy, nie wiedzieliśmy z czym to się je i jak tak naprawdę na to właściwie reagować. Dziś, z perspektywy czasu wiemy jednak, jak wiele rzeczy poszło przez to nie tak jak powinno. 

A wszystko być może poszłoby inaczej, gdybyśmy pięć lat temu nie oddali realnej władzy w naszym kraju dyżurce na Nowogrodzkiej.

I tak, w skutek najszerzej zakrojonej odkąd pamiętam propagandy sukcesu władzy oraz poczucia jej bezkarności – mieliśmy respiratory, których nie mieliśmy. W bezpośrednim następstwie pandemii mieliśmy w Polsce wybory, których miało nie być i nie było tych, które odbyć się miały. Z pamiętnej “sasinady” wyszedł szwindel dekady, o którym za parę lat śmiało będzie można kręcić political fiction (jak i o Polsce w ogóle – niech tylko weźmie się za to ktoś inny niż Patryk Vega). 

Ostatni rok to był bowiem rok political fiction jakiego nie widzieliśmy tutaj chyba od pięciu lat, a przecież widzieliśmy już na tyle dużo, że śmiało moglibyśmy powiedzieć, że widzieliśmy już wszystko. Nie będę tu wymieniał listy pisowskich absurdów i bubli tego pandemicznego roku – im można poświęcić osobne rozważania i na pewno takich przecież nie brakuje. Sam chciałem skupić się na wszechobecnym kryzysie przywództwa, który toczy od jakiegoś czasu nasz kraj atakując go z wielu stron.

Nie mniej zaskakująco i boleśnie niż zjadliwa pandemia.

Jeżeli w biedzie poznajemy prawdziwych przyjaciół, to w kryzysie na przykład takim jak ten – pandemicznym – poznajemy prawdziwych liderów. I ten ostatni rok był rokiem liderów właśnie – jedne autorytety podupadły, inne upadały całkowicie, z hukiem, jeszcze inne rodziły się. Drogą ewolucji lub rewolucji. W Stanach na przykład skończył się w tym czasie Trump i w zasadzie można powiedzieć, że w pewnym sensie kończy się trumpizm – Joe Biden dokonał tam czegoś, czego u nas nie udało się zrobić Rafałowi Trzaskowskiemu – zatrzymał on rozwój populistycznej, równoległej do naszej rzeczywistości. Rzeczywistości, która, patrząc na patologiczne często opinie, komentarze oraz zachowania tak zwanej “prawicy” jest już w Polsce czymś w rodzaju choroby cywilizacyjnej – czymś co klasyfikacyjnie już bardziej powinno znajdować się w jednym szeregu z depresją czy otyłością, aniżeli ze standardową sympatią polityczną, czy nawet dewiacją wśród dotychczas znanych nam poglądów i sposobów ich wyrażania. 

I tak przyznać trzeba, że latem wspomniany Trzaskowski został nagle liderem ogromnej społecznej nadziei (chcącej zacząć wreszcie skutecznie odsuwać PiS od władzy), choć było w tym chyba więcej przypadku i szczęśliwych zbiegów okoliczności, aniżeli przemyślanego pomysłu czy długofalowego planowania. Rafała Trzaskowskiego w ogóle mogłoby w wyborach prezydenckich nie być – ktoś pamięta jeszcze święte oburzenie z powodu tego, że Platforma Obywatelska zmienia na skutek “sasinady” Małgorzatę Kidawę-Błońską na Rafała Trzaskowskiego? No właśnie. Łaska pańska i sympatia ludu na pstrym koniu jeździ. W polityce chyba nawet bardziej niż w showbiznesie (chociaż patrząc na działania populistów, zwłaszcza po prawej stronie, między polityką a showbiznesem można by postawić dziś w zasadzie znak równości). 

W ciągu tego roku spektakularnie upadał (w dalszym ciągu) wizerunek i pozycja kościoła katolickiego w Polsce. Zaczęły go dorzynać, poza grzechami własnymi, grzechy PiS, które na tle kryzysu pandemii, stały się aż nadto widoczne (trudniej było je pudrować normalnością oraz sztucznie kreowanym dobrobytem). Po drodze kościół w Polsce dostał też z półobrotu od filmu braci Sekielskich. Pod koniec roku z impetem runął autorytet kardynała Dziwisza, a za chwilę przecież coś kompromitującego może jeszcze wypłynąć w stosunku do Jana Pawła II i jego możliwych związków z aferą tuszowania pedofilii. Kolejny rok, oraz trzeci film braci Sekielskich powiedzą kościołowi w Polsce i wspólnocie wiernych “sprawdzam” po raz trzeci. I być może tak dosadnie, jak jeszcze żaden z dwóch poprzednich razów. 

Choć tych ciosów było przecież więcej na przestrzeni roku – wspominając chociażby karygodne postawy i zachowania biskupa Janiaka. O ojcu Rydzyku nawet nie wspominając. 

‌Wspomniałem za to autorytet i przywództwo Trzaskowskiego, które powstały na zgliszczach tych nieudolnie kreowanych przez Kidawę-Błońską (jako możliwego lidera całej opozycji w Polsce). Jednakże po wyborach gdzieś nam się ten autorytet Trzaskowskiego rozmył. Gdzieś zaplątał. A czas nie działa wcale na jego korzyść. Wobec tego nadal jednak pozostaje pytanie czy to właśnie Rafał Trzaskowski był tak magiczny w całej swojej szczerej chęci bycia liderem peletonu, który dogoni PiS, czy może tak magiczna była wiara nas wszystkich, że ten niechciany przez nas PiS można wreszcie zacząć detronizować? Że w końcu będzie można zdmuchnąć papierowego Dudę, który tylko dzięki stelażowi z betonowego elektoratu ma szansę trzymać się dobrze w pałacu. W skali kraju Trzaskowski nie był chyba jednak liderem i autorytetem tak dobrym jak dobre były nasze pobożne życzenia by to właśnie on nim był. Nie był tak silny jak nasza nadzieja, że to właśnie w (pierwszym) roku pandemii w Polsce PiS zacznie się faktycznie w naszym kraju kończyć. 

‌Ale mimo to opozycja przecież wcale nie musiała przez ten rok stracić przywództwa. Natura nie znosi pustki i w mijającym roku zesłała Szymona Hołownię, wraz z jego potrzebą obywatelskiej odnowy narodu. I tak jak nowy rok prawdopodobnie powie PiS-owi jeszcze raz i jeszcze mocniej gospodarcze i finansowe “sprawdzam” (po tych wszystkich narodowych kwarantannach oraz lockdownach), tak samo ze zdwojoną siłą – powie to samo Hołowni, po bardzo udanym dla niego udanym okresie wejścia do polityki, będącym jednocześnie pierwszym rokiem pandemii w Polsce.

‌W samym jednak wywołanym do tablicy PiS, mijający rok to też był przecież czas upadłych autorytetów.

Druga kadencja Andrzeja Dudy jest już kadencją czysto teoretyczną. Opartą wyłącznie na energii potencjalnej urzędu prezydenta RP zamiast jego własnej kinetycznej – i to w trudnych czasach, które co rusz aż się proszą o prezydencki stempel, inicjatywę czy reakcję (stempel może i nadal jest, lecz wciąż tylko na korzystnych dla PiS-u ustawach). 

Druga kadencja rządów PiS to już w ogóle same upadłe anioły. Jacka Sasina przemilczmy. Mateusz Morawiecki poczynił przez ten rok ogromny regres statusu i został w nim w zasadzie takim samym chłopcem do bicia w partii jakim już od dawna jest Duda. Jednakże co najciekawsze – w ciągu tego roku podupadł nie kto inny jak sam Jarosław Kaczyński oraz jego autorytet – i to zarówno u samego suwerena jak i wewnętrznie, w szeregach partii. Podupadła jej nieomylność i skrócił się sondażowy psychologiczny dystans, jaki PiS trzymał nad całą resztą politycznej stawki. Parafrazując Roberta Górskiego z Kabaretu Moralnego Niepokoju – rok 2021 weźmie się za takich, oj weźmie się. Drożeje żywność, energia oraz nieruchomości – a przecież to są dziś główne wykładniki naszego przekonania co do tego w jakim kierunku zmierzają sprawy w naszym państwie. W sondażowych odpowiedziach respondentów na takie pytanie coraz częściej zaczynają się pojawiać wyniki wskazujące na to, że w złym. PiS potrzebuje pieniędzy jako paliwa, które to od sześciu lat spina w całość jego opowieść o życiu dla ludzi, jakie ta partia dla nich organizuje.  

W roku pandemii podupadły autorytety chociażby także Marty Lempart i Pawła Kukiza. Każde z nich było kreowane na spore przywództwo swojej formacji, lecz w minionym roku ani nie zmartwychwstał Kukiz, ani tak naprawdę nie porwała tłumów Marta Lempart (jeżeli już tłum ktoś lub coś porwało, to raczej słuszność protestów oraz szczere wzburzenie wyrokiem TK, aniżeli sama postać liderki Strajku Kobiet), gubiąc się chyba w liczbie postulatów oraz w pierwotnej idei kierowanej przez siebie inicjatywy. 

‌Ciekawą sprawą jest to, że na należyte miejsce, w naszym przeszytym nieufnością społeczeństwie zaczął powracać przez ten rok ogólnie rozumiany zawód medyczny. Oczywiście – powodem takiej sytuacji jest pandemia, a i do samej pełnej rehabilitacji droga jeszcze długa, jednakże kończący się rok to nie tylko zwrot oczu ku górze na medyków jako faktycznie tych, których i warto i należy posłuchać (choć i to historia bardziej skomplikowana – jak na przykład w kontekście szczepionek), lecz także i zaczyn poważnych rozmów na temat sytuacji finansowej – przede wszystkim pielęgniarek i ratowników medycznych. 

Z tych wszystkich upadków autorytetów – najgorszym i najbardziej bolesnym zdaje się  być jednak upadek autorytetu państwa. No bo jeżeli nie upadł on po prawie-wyborach, organizowanych bez prawnej podstawy oraz po, na przykład, nieopublikowaniu wyroku Trybunału Konstytucyjnemu (który wg. PiS działa przecież aktualnie na “czystych” zasadach), to co ma być tym upadkiem? Jak bardzo jeszcze trzeba będzie to państwo skabarecić w kolejnym roku (już nie tylko przecież roku samej pandemii) aby stan ten wreszcie zaczęło dostrzegać ten ogół 30-40% wyborców, który nadal sondażowo wspierają ten rząd?

Rok temu, o tej porze, pandemia była dla nas zjawiskiem nowym, jak dotąd niedoświadczalnym. Zjawiskiem mierzonym tygodniami, potem miesiącami. Nie spodziewaliśmy się, iż zjawisko to możemy mierzyć w latach.

Drugi rok pandemii to jak widać rok jej trzeciej fali, rozwoju sytuacji szczepień, dalszego kryzysu gospodarczego, a przez to i kontynuacji dużej bolączki dla rządu. Ten rok kolejny raz powie „sprawdzam”. W tym roku będziemy potrzebować przywództwa i autorytetów, ale wcale przecież nie upadłych. I nie gotowych tylko na tu i teraz, na jedno lato, jedna kampanię i jeden sezon. I takich autorytetów i przywództwa wszystkim nam i sobie samemu, na ten drugi rok (i oby ostatni) pandemii życzę. 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.