Scena polityczna

„Lewa strona mówi ‘jebać’ a prawa odpowiada ‘PiS’!" – zagrzewał podczas swojego koncertu na Pol’and’Rock Festival tłum raper Łona. No i się zaczęło... Czy jednak aby na pewno zaczęło? Czy wiele z tych rzeczy nie zaczęło się już dużo wcześniej?

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Po dwóch dniach Łona nieco stonował nastrój i częściowo przeprosił za swoje zachowanie. Przeprosił za słowa, nie zaś – za emocje, którymi słowa artysty skierowane do tłumu były podyktowane. Jak sam pisze, były one efektem: „gniewu człowieka, który ma dość słuchania o tym, że geje i lesbijki nie są równi normalnym ludziom; dość dewastowania wymiaru sprawiedliwości i podsycania chaosu prawnego; dość rozwalenia publicznych mediów; dość brutalnego rozpędzanie pokojowych protestów; wreszcie dość tej niespotykanej arogancji i pychy, których twarzą stali się Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz”. Incydent na polskim Woodstocku chętnie podchwyciły media i komentatorzy i to nie tylko z prawej strony – a zatem ci najbardziej dotknięci i oburzeni słownym przypływem owego gniewu. Po stronie „wolnościowej” też mocnych opinii było sporo – że Łona grubo przesadził, a cały przebieg Pol’and’Rock był zbyt mocno upolityczniony. W sprawie pojawiło się bowiem więcej wątków, jak na przykład spontaniczne wybuchy niewybrednych okrzyków w tłumie, czy telefon zachodniopomorskiego wojewody do organizatora imprezy Jurka Owsiaka.

Pojawia się zatem ogólne pytanie – czy przykłady tego typu zachowań, czy to wśród artystów, czy spontaniczne inicjatywy wychodzące od publiczności, są przejawem upolitycznienia eventów? Wciąganiem polityki do dziedzin życia, które winny być od niej wolne? Rozciąganiem politycznych sporów i zadr na obszary, na których nie jest to konieczne?

Koncerty to coś więcej niż tylko publiczne manifesty artystycznego rzemiosła – to przede wszystkim manifesty wyrazu.

A to, że artysta coś wyraża jest przecież podstawą twórczości, w której nie ma formy bez treści. Polska twórczość od zawsze była zaangażowana społecznie, a zatem i politycznie, nie ma tutaj innej drogi rozumowania. Doświadczenia romantyzmu, pozytywizmu, młodej Polski czy literatury czasów wojny sztukę z politycznego zaangażowania rozgrzeszyły i na stałe ją z nim zespoliły. Zmieniają się czasy, zmienia się także zarówno forma jak i treść przekazu, lecz on jest tam zawsze. I ten przekaz zawsze także reagował na ważne społeczne emocje. Nie jest po raz kolejny tak, że ktoś wymyślił sobie, aby emocje polityczne do tej sztuki wstrzyknąć – one po prostu są tam głęboko w niej, razem z formą wyrazu. Ludzie krzyczą to co czują, zwłaszcza na koncertach. Czyli w akcie czegoś co w sztuce jest szczególnie istotne – w akcie bezpośredniej relacji artysty z widzem.

Muzyka zawsze była zaangażowana politycznie i społecznie, nie tylko zresztą w Polsce. Jest to choćby wpisane w rodowód samego Pol’and’Rock – a w zasadzie trzeba by w tym miejscu napisać: Przystanku Woodstock. Jak to się zaczęło? A no tak, że „w sierpniu 1969 r. 400 tys. dzieci kwiatów zjechało na farmę Maxa Yasgura, żeby świętować „3 dni pokoju i muzyki”. I to nie byle jakiej, bo wystąpili giganci lat 60. z „The Who”, Janis Joplin oraz Jimim Hendrixem na czele. W takim oto stylu kończyła się dekada, która w Ameryce upłynęła pod znakiem Wietnamu, społecznego wrzenia i kontrkultury” (Polityka, 13 sierpnia 2019, wydanie on-line, link TUTAJ). Jeżeli festiwal muzyczny, a co za nim idzie – muzyka i sztuka mają właściwie reagować na społeczne emocje, muszą je wyczuwać i same sobą reprezentować, nie ma innej drogi. Tak jak i w tym przypadku – gdzie bunt czasów i protest społeczny był nie tyle częścią wielkiej historii, lecz nawet jej podstawowym tworzywem.

Tradycją Woodstocku, Pol’And’Rock, czy jakiegokolwiek dużego wydarzenia muzycznego na taką skalę są rodowody wolnościowe. Twórcze. Idee miłości, równości i braterstwa. Jeżeli duże wydarzenie hołduje wartościom przeciwnym, jest na marginesie sztuki. Łona w swoich słowach (sprostowania po koncercie) wyraził krótko całą społeczną niechęć wobec tego, co w „dobrej zmianie” jest złe.

I nie jest to pierwszy przypadek, gdy jesteśmy świadkami silnego politycznego, czy społecznego akcentu pokazującego jakie wartości i ideały są ważne dla mas (weźmy choćby zeszłoroczne Męskie Granie z gestami wsparcia dla społeczności LGBTQ). Można się oburzać i dyskutować nad formą wyrazu, czy słynne osiem gwiazdek jest słuszną formą emocji, czy nie, lecz ja nie widzę dziś ani dużych artystów, ani dużych ośrodków kultury, które ten rząd, jego polityków, a przede wszystkim – jego narrację, braliby w obronę. Przeciwnie – artyści mówią tak, bo czują dokładnie te społeczne emocje, które noszą w sobie ludzie.

Cofnijmy się na moment do roku 1982. Jesteśmy w warszawskim klubie Stodoła, swój pierwszy koncert po kilkumiesięcznej przerwie spowodowanej wybuchem stanu wojennego, daje Perfect ze Zbigniewem Hołdysem w składzie. Kiedy słyszymy pierwsze akordy utworu Chcemy być sobą i kiedy wsłuchamy się dokładnie w rezonujący pod sceną tłum, wyraźnie słyszymy: Chcemy bić ZOMO!

Po wprowadzeniu w 1981 roku stanu wojennego, zespół Perfect nie koncertował przez osiem miesięcy. W połowie 1982 roku Zbigniew Hołdys, lider grupy, podjął decyzję o powrocie na scenę z całkiem nowym repertuarem. W tamtych czasach utwór Chcemy być sobą publiczność bardzo chętnie nuciła i skandowała jako Chcemy bić ZOMO. “To był moment porywu, pewnego rodzaju manifestacja patriotyczna” – mówił fotoreporter Jerzy Kośnik, wspominający tamten koncert dla redakcji Kontakt 24. Dość powiedzieć, że po tamtych incydentach władza odmawiała konsekwentnie zespołowi możliwości koncertowania. Perfect na scenę wrócił w 1983 roku.

A Jarocin? Na pewno miał też swój udział w manifestowaniu przez młodzież swojego poczucia wolności oraz prawa do buntu (podczas którego dochodziło na przykład do ściągania muzyków ze sceny w trakcie wygłaszania przez nich kwestii i haseł niezgodnych z ideologiczną linią PZPR), choć po dziś dzień istnieją teorie, iż festiwal mógł także być specjalnie wspieranym przez władzę swoistym „wentylem” bezpieczeństwa dla rozwydrzonych subkultur. A może po prostu Jarocin władza zostawiła sam sobie i jego potencjał w kumulowaniu społecznych nastrojów nie został w pełni dostrzeżony? Być może było tak z powodu faktu, iż w połowie lat ’80 bardzo krytyczne stanowisko wobec festiwalu zajmował polski kościół. A wiadomo – to przede wszystkim ośrodki skupione wokół duchowieństwa były najbardziej brane pod lupę władz. Historia jarocińskich buntów jest też o tyle ciekawa oraz – na swój sposób wyjątkowa, gdyż ogółem festiwal wydawał się być jądrem buntu i wyparcia jako takiego. Przekonali się o tym już w latach 90-tych nawet Kuba Wojewódzki oraz wspomniany już Jurek Owsiak (dyrektorzy festiwalu), których za próby „ucywilizowania” festiwalu spotykały gwizdy oraz burdy inicjowane przez publikę.

Tak czy inaczej – historia muzycznych festiwali to w gruncie rzeczy synteza buntu, prawa do manifestacji własnego zdania, odrębności, poczucia wolności. I choć zmieniają się czasy i potrzeby – relacje między władzą a ludem, oraz tłumem a artystą nadal pozostają tymi bardziej emocjonalnymi typami interakcji. Dlatego spontaniczne wybuchy manifestacji poglądów, zarówno u artystów jak i wśród tłumu, nie powinny dziwić. Zwłaszcza w państwie władzy, która ze spontanicznym kontaktem z ludźmi oraz artystami ma tak ogromne problemy.

Jeden komentarz na “Scena polityczna

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.