Skazani na bluesa (komentarz)

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Powrót Tuska do krajowej polityki to niewątpliwie wydarzenie dla rodzimej sceny bardzo istotne. Zdecydowanie wydarzenie tygodnia, a czytając internetowe komentarze i analizy mam wrażenie, że dla niektórych było to już wręcz niekwestionowane wydarzenie roku.

Entuzjastycznym reakcjom na „powrót króla” nie było końca (na przykład na Twitterze – wiadomo, to bańka informacyjna, lecz nadal pozostająca medium, do którego każdy się odnosi). W pewnym momencie z barwnych metafor i alegorii można byłoby uczynić nawet konkurs o tę najbarwniejszą: „Tusk nakrył czapką Kaczyńskiego”, „istny tajfun”. Świadczy to zapewne o ogromnej dawce satysfakcji i wiary tchniętej w środowiska wyborców Platformie i Tuskowi najbliższe. Niechętnie odnoszono się za to w tych samych komentarzach i bańkach do sytuacji Rafała Trzaskowskiego – dotychczasowego nośnika i akumulatora platrofmerskich nadziei.

Ale po drugiej stronie też było ciekawie – mimo iż trwał właśnie kongres PiS, z istotnym dla siebie i swojej przyszłości przebiegiem oraz decyzjami, zarówno politycy PiS jak i jego zagorzali wyborcy chętnie i intensywnie komentowali to, co działo się w sobotę w Platformie. Istotnie – jakby powrót Tuska rzeczywiście przykrył sobą wszystko inne w polskiej polityce i na moment zatrzymał jej rozpędzony ciąg zdarzeń.

W głosach komentatorów (bez względu na stronę sporu, także i symetrystów) dostrzegłem nawet opinię, że od czasów Piłsudskiego i Dmowskiego takiej dwójki i takiego sporu przez nią toczonego polska polityka nie widziała. Nie mnie oceniać słuszność tego sądu – lecz ta opinia, jak i powyżej przytoczone przykłady pokazują jedno – powrót Tuska był potrzebny jego matecznikowi (Platforma), lecz przyda się także odwiecznemu rywalowi (Kaczyński) i jego obozowi.

Platformie Tusk potrzebny był jak tlen – pisaliśmy o tym tutaj, pisali i mówili wszyscy – wobec sondażowego impasu, a nawet zapaści, widocznego kryzysu przywództwa, tarć frakcyjnych oraz coraz częstszych odejść ze struktur, powrót Tuska wydawał się czymś nieuniknionym; także i czymś na kształt ostatniej deski ratunku. No to „mamy to!” – od soboty przez komentatorów i środowiska Platformie bliskie przetacza się chóralny ryk satysfakcji.

Ale oczywiście nie sam fakt powrotu Tuska ten entuzjazm wzmaga – czyni go od soboty przede wszystkim to, co były premier mówi. Nie wiem jakie były przewidywania (ja nie miałem żadnych) i czy przebiega to zgodnie z nimi, lecz od sobotniego poranka i swoich pierwszych słów Donald Tusk stawia sprawę jasno: albo PiS albo my. Albo dobro, albo zło. Nie ma półśrodków – skoro, jak mówi sam były premier, coś mu się tam otwiera w kieszeni, kiedy słyszy, że „PiS jest trochę dobry, a trochę zły” (czy jakoś tak). Bo PiS, w jego diagnozie, jest przecież tylko i wyłącznie zły.

Już wielu komentatorów zauważyło, że taka retoryka jest dobra na „twardy elektorat” (mniej więcej 10-15%) Platformy, lecz w żadnym razie nie jest nowym otwarciem – a już tym bardziej nowym otwarciem na młodych wyborców, którzy Tuska nie bardzo z polską polityką kojarzą. O możliwej ofensywie programowej niewiele póki co wiemy, lecz dużo wiemy już o kursie i stylu w jakim może być przeprowadzana – czyli anty-PiS.

To co dla jednych jest wątpliwe, dla innych jest z kolei niewątpliwym (już) sukcesem i spełnieniem ich oczekiwań – ogłoszenie wojny z PiS. A sam powrót Tuska zdaje się być zwieńczeniem ich oczekiwań na tego, który (wreszcie) będzie równorzędnym przeciwnikiem dla Kaczyńskiego.

Z perspektywy wielu bowiem, co dało się też wyczytać przed zeszłą sobotą z prasy, taka jest nadal istota tego sporu – walki dobra ze złem, dwóch awatarów, reprezentantów swoich zwaśnionych plemion. Także jedynych takich, którzy są w stanie przechylić szalę zwycięstwa tego konfliktu na swoją stronę (jak niegdyś zrobił to Kaczyński, tak teraz, w tych oczekiwaniach, ma uczynić Tusk).

W tym wymiarze i ujęciu – patrząc na reakcje na sobotnie wydarzenia (na przykład pisowskich mediów, czy TVP) wygląda na to, że Tusk był potrzebny również prawej stronie. Tu i teraz – a nie Tusk z kiedyś tam i z Brukseli – będąc tu, na miejscu, ten „sterowany z Niemiec” reprezentant „brukselskich elit” jest zagrożeniem dla pisowskiego ładu namacalnym i realnym – przez co czyni tę walkę o rząd dusz jeszcze bardziej nieuniknioną, konieczną i niezbędną. Spersonalizowaną do pojedynku Kaczyńskiego z Tuskiem dziś – za chwilę, za moment.

Stopień zainteresowania Tuskiem przez wszystkie strony zdaje się potwierdzać jedno – w naszej zbiorowej świadomości cały czas potrzebujemy liderów i autorytetów, a spory ideowe i polityczne musimy personalizować i personifikować. Nadal jako społeczeństwo nie dojrzeliśmy wystarczająco, by debatę publiczną choćby pchnąć w kierunku rozwiązań programowych, pokoleniowych czy systemowych. Nadal górują emocje – a skoro emocje, ich nośniki i ujścia muszą być precyzyjnie zdefiniowane. Dlatego potrzebny nam jest Tusk i Kaczyński – żeby kształt i format sporu były wyraźnie określone i nazwane z imienia. Dlatego co rusz wywołuje się do tablicy Hołownię – pytając co on na to, co powiedział, co zrobi, jaki ma pogląd – zupełnie abstrahując od tego, że „Hołownia” to przede wszystkim rozwiązania programowe, opracowane przez ekspertów danych dziedzin, lub inicjatywy wolontariatu.

Nie jest to oczywiście czymś wyłącznie złym – emocje, twarze sporu oraz etykiety zawsze będa na wierzchu natomiast to co szczegółowe i drobiazgowe pod spodem. Sądze jednak, że proporcja między jednym a drugim jest zaburzona – i nasze internetowe (czy jakiekolwiek) dyskusje często sprowadza się do prostych figur: dobro, zło, Kaczyński, Tusk, PiS, anty-PiS. Podczas gdy w istocie rzeczywistość jest jednak trochę bardziej złożona.

Dlatego cały czas wygodnie jest nam zestawiać jednego lidera z drugim – retorykę Kaczyńskiego z retoryką Tuska, osiągnięcia Hołowni z osiągnięciami Tuska – w całkowitym oderwaniu od tego jak ich sylwetki przekładają się na realne poparcie, umiejętność dotarcia do ludzi, oferty programowe. Tu i teraz. Nie dziesięć, czy piętnaście lat temu.

Najchętniej wysłalibyśmy ich na bezpośredni pojedynek – niechby oni wszyscy stanęli do telewizyjnej debaty i wzajemnie okładali się bon motami (o tak – jakże wyborcom PO podobał się stand-upowy styl Tuska z soboty). Lecz niestety – za Zjednoczonej Prawicy kultura debat bezpośrednich jest mierna, w zasadzie w ogóle nie istnieje – a najważniejsze figury na politycznej planszy PiS jak Duda czy Kaczyński dobrze wypadają jedynie w znajomych studiach ze znajomymi dziennikarzami. Zapewne przy równie dobrej znajomości zadawanych im pytań co znajomości tychże miejsc i ich gospodarzy.

Tusk jest dla PO tym kimś kim dla PiS jest Jarosław Kaczyński – demiurgiem, kreatorem i ojcem założycielem. Kimś do kogo można zwrócić się w kryzysie i jedynie ten ktoś jest w stanie z tego kryzysu daną formację wyciągnąć.

Kaczyński już to raz zrobił – wyciągnął PiS z programowo-ideowego, pretensjonalnego smoleńskiego niżu i tchnął w pisowskie struktury nowe życie. A nawet jeśli PiS był w tamtych latach partią obciachu – Kaczyński pokazał, iż nawet to może być atut. Czy na podobne eksperymenty z przeznaczeniem stać będzie Tuska? Zastanawiałem się już tydzień temu, nie wiem. Nie jestem kronikarzem PO, ale wiele z tych pytań może znaleźć swoje cząstkowe odpowiedzi jeszcze tego lata i jesieni.

A my jako prosty lud, poza chlebem oczywiście, w czasach względnego dobrobytu nadal potrzebujemy też trochę igrzysk. Potrzebujemy liderów. Lordów Vaderów i Obi Wanów Kenobi, którzy na naszych oczach będą rozstrzygać dziejowy spór. Jeszcze trochę, jeszcze przez moment. Za chwilę bowiem inflacja i drożyzna będa prawdopodobnie na takim poziomie, że znów zapomnimy o wojnach gigantów i igrzyskach i przyjdzie czas znów pomyśleć o chlebie. Porozmawiać o rozwiązaniach programowych, pokoleniowych i systemowych.

Ale na razie jeszcze niech się leją. A ci, których to jednak nie interesuje nadal pozostaną „skazani na bluesa” – na klasykę polskiego politycznego rocka, z dwoma gitarami prowadzącymi na czele.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.