W poszukiwaniu straconego czasu*

Powrotem Donalda Tuska do krajowej polityki Platforma Obywatelska wygrała nie tylko dodatkowy zapas politycznego tlenu dla swoich kadr, medialny szum oraz powrót na fotel "lidera opozycji" w sondażach. Wygrała przede wszystkim czas. Lecz czas, w przypadku Platformy Obywatelskiej, to pojęcie już od wielu lat względne o wiele bardziej, niż normalnie.

W tym sensie, iż niegdyś główna siła polityczna w kraju nie potrafiła spożytkować przez ostatnie 6 lat ani wspomnianego czasu, ani rezerw energii po to by zbudować na nowo polityczny obóz zdolny przeciwstawić się propagandowo-ustrojowej machinie PiS. Sięgając tego lata po Tuska cofnęła się ona niejako do lat 2014-2015, czyli do czasu, gdy Donald Tusk z Polski wyjeżdżał, przyznając się tym samym, iż te 6 lat “pomiędzy” zostały koncertowo zmarnowane. Nie użyłbym tego stwierdzenia gdyby nie sondażowe „dno” jakim dla PO było oscylowanie tym roku w przedziale 13 – 16% . Trzeba było mówić o głębokim kryzysie, wszak przy Platformie nie było w tych sondażowych wynikach połowy jej elektoratu z poprzednich lat.

Powrót Donalda Tuska oczywiście sporo zmienił – przede wszystkim właśnie w układankach sondażowych. Platforma odzyskała sporo utraconego sondażowego mienia i dziś znów dzierży zaszczytne na opozycji miano jej lidera. Komentatorzy odetchnęli z ulgą (zwłaszcza ci o sympatiach platformerskich) – lider jest wreszcie jeden (wiadomo kto), hierarchia jest zarysowana, PiS – owi zaczęło spadać, Platformie rosnąć. Zaczęto już powoli odtrąbiać wielki polityczny zwrot w kierunku zmiany władzy w Polsce.

Tak naprawdę jednak, poza sondażowymi przeskokami iskier (między elektoratem Platformy a Polski 2050 oraz jeszcze mniejszymi między elektoratem opozycji a opcji rządzącej) na politycznej mapie sił i potencjałów nie zmieniło się nic.

Jeżeli ubywa PiS – owi, jest to głównie “zasługą” samego obozu rządzącego – który w swoich planach reformy sądownictwa, moderniznowania kraju Polskim Ładem za unijne pieniądze zgodnie z wizją niezbyt dla społeczeństwa atrakcyjną (zwłaszcza tej  przedsiębiorczej części społeczeństwa) sam napytał sobie biedy. Wiemy już, że po letniej promocji Polski Ład nie okazuje się programowym game changerem na miarę 500 plus – zbyt wiele tam zawiłości, zbyt wiele obwarowań oraz symulacji aniżeli „żywych przykładów” aby architekturą tego projektu urzec nawet zaufanych wyborców PiS (zaufanych jak widać najmocniej na polu ideologiczno-obyczajowym – bo już w kwestiach finansowych suweren patrzy rządowi na ręce o wiele uważniej i wcale nie kupuje już wszystkiego „w ciemno”). W przypadku 500 plus wszystko było jasne, klarowne i przejrzyste – pieniądze dla wszystkich, do spełnienia jeden warunek formalny, do złożenia jeden wniosek i “cześć”. Magia prostoty niestety nie jest motorem napędowym promocji Polskiego Ładu, z którego PiS uczynił całą mocą swoje „opus magnum” na środek swojej drugiej kadencji.

PiS -owi zatem nie ubywa dlatego, iż rośnie Platformie; ergo nie ubywa mu gdyż część miękkiego elektoratu PiS nagle uległa wezbranej fali entuzjazmu na skutek powrotu Tuska. „Efekt Tuska” został już rozpracowany i zdefiniowany pod kątem przepływu elektoratu – jego rdzeń tworzą co bardziej „lotni” wyborcy opozycji, który w ostatnim czasie więcej nadziei wiązali z Szymonem Hołownią i jego projektem Polska 2050. Dziś są z powrotem u Tuska i PO, dając im tak satysfakcjonujące kilka-kilkanaście procent więcej, niezbędne do dzierżenia palmy pierwszeństwa na opozycji.

Skoro jednak jest to elektorat „lotny” i dwa razy już pokusił się o migrację, nie jest wcale wykluczone, że wobec pewnej (kolejnej) stagnacji, jaka nastaje w Platformie, elektorat ten z powrotem zasili swym poparciem Polskę 2050.

Część opozycji sympatyzująca z Tuskiem i bliska KO (mówię tu zarówno o elektoracie jak i o komentatorach i ekspertach), póki co wydaje się być powrotem Tuska oraz powrotem PO na drugie miejsce w sondażach ukontentowana. Tusk odgrywa swoją rolę – celnie punktuje władze, barwnie i kolorowo bawi się retorycznie z redakcją TVP na swoich konferencjach, określa priorytety polityki bieżącej. Co prawda mówi sporo o przyszłości – o pokoleniowej potrzebie zmiany w obszarze ekologii, mentalności czy obywatelskich zachowań, lecz jak sam przyznał w wielokrotnie przytaczanym w wielu miejscach i redakcjach wywiadzie dla Polityki – jego głównym programem jest wygrana z PiS. „Najpierw walka, potem pokój” – jak głosi okładka numeru zawierającego wywiad.

W swoich społecznych i politycznych diagnozach Donald Tusk nie powiedział jednak niczego, czego od 2016 roku byśmy o Polsce, o PiS, czy o nas samych nie wiedzieli. Tusk nie przywiózł ze sobą i póki co nie pokazał ani kontrargumentów programowych względem jeszcze „dobrej zmiany”, ani nie podał nam żadnej innej recepty na pokonanie PiS nieznanej nam od wielu już lat. Diagnozy i metodologie wcześniej ogłaszane przez, na przykład, Szymona Hołownię brzmią jednak w ustach dawnego premiera dla części jego elektoratu szlachetniej i dosadniej – trudno jednak nie ulec wrażeniu, iż wraz z wakacjami (a tu stemplem narracyjnym zapewne będzie Campus Polska Przyszłości), kończy się swego rodzaju okres próbny Donalda Tuska i na jesieni i wyborcy i komentatorzy będą oczekiwali czegoś więcej. Politykę wiecową i tę spod chmurki zastąpi polityka gabinetowa, naradowa, analityczna i programowa. Zwłaszcza w świetle zwierania szyków przez Zjednoczoną Prawicę i, zapewne, w świetle jej ciągłych promocyjnych zabiegów przy Polskim Ładzie (nie mówiąc już o samych głosowaniach). Będzie to dla wszystkich partii opozycyjnych, mających jeszcze ambicje większe niż przekroczenie progu, czas intensywnej pracy oraz będą to warunki niezbędne do pokazania własnej jakości. Nie może być znowu tak, że siłą opozycji będzie słabość Zjednoczonej Prawicy – klejenie być może większości pod konkretne głosowania, targi, przepychanki, możliwe reasumpcje. Opozycja powinna ten czas przepracować szczególnie wydajnie.

I niektórzy zdaje się czują taki klimat nadchodzącej jesieni – już czwartego września rusza Kongres Ruchu Polska 2050 w Warszawie. Szymon Hołownia, poza kolejną nową twarzą projektu (ma być to wielkie nazwisko), zamierza zaprezentować jeszcze konkretniejszy i pełniejszy niż dotąd pakiet programowych rozwiązań jego partii. Ugrupowanie Hołowni słynie z mrówczej pracy na wielu poziomach i niewątpliwie ta właśnie organiczna praca stoi za świetnymi wynikami tej formacji w tegorocznych sondażach. Jeżeli owoce kolejnych tygodni prac będą szczególnie świeże piątego września, a całość okrasi albo nazwisko, albo wizja albo prezentacja „nowego człowieka”, Hołownię i jego ekipę może czekać miła sondażowa niespodzianka jeszcze tej jesieni.

Zwłaszcza na tle znów mało aktywnej i chyba mocno zadowolonej z sondaży Platformy. Póki co, poza samym błyszczeniem lidera na wiecach, Platforma ulega teraz pewnym przekształceniom – personalnym układankom i roszadom; mało klarowna jest nadal sama „ekipa Tuska” (pojawiają się Arłukowicz, Sikorski, Graś – wciąż jednak nie do końca wiemy kto jest w tej układance kim – poza tym, że to oczywiście p.o. szefa PO oraz mężowie opatrznościowi wolności i demokracji). Jak niedawno informował tygodnik Wprost:  „Z projektu uchwały Rady Krajowej, która była głosowana na posiedzeniu, miałoby wynikać, że wybory powszechne na przewodniczącego Platformy miałyby się odbyć 23 października, a ich ewentualna druga tura – 6 listopada. 23 października miałyby się odbyć również wybory władz struktur powiatowych i regionalnych. Wcześniej, bo od 9 do 17 października miałyby się odbyć z kolei wybory w kołach partyjnych”. PO czekają więc personalno-programowe układanki (co z możliwymi kursami kierunkowymi: na lewo, czy jednak do centrum?), a także być może i czystki. Jak widać PO ma czas i się nie spieszy – mówimy tu o perspektywie dwóch miesięcy; tak naprawdę kolejnych dwóch miesięcy, kiedy w perspektywie możliwego rozpadu koalicji rządzącej oraz przyspieszonych wyborów, każdy nawet jeden dzień może mieć znaczenie. Platforma jednak jak widać jeszcze ma czas. Albo sobie go na coś daje, albo na coś jescze potrzebuje go jeszcze trochę. Platforma ma czas na to „co po PiS”, zajmujac się bardziej (wprawdzie na razie bardziej narracyjnie niż programowo) odsuswaniem PiS od władzy. Na tle częstego powtarzanego przez Hołownię motywującego swój (oraz nowy) elektorat hasła: „kolejne wybory wygrywa się już dzisiaj, tu i teraz, nie w momencie pójścia do urn”, postawa Platformy wygląda jednak, mimo wszysytko, na dość opieszałą.

Oczywiście – za chwilę jest przecież Campus Polska. Wielki wolnościowy piknik pod auspicjami Rafała Trzaskowskiego, gdzie, w akompaniamencie gwiazd oraz w towarzystwie wielkich, europejskich osobistości, Tusk ma zawrzeć z Trzaskowskim symboliczny pakt o nieagresji. A czy o współpracy i podziale ról też? Przekonamy się – sam Campus jest na razie sporą niewiadomą (dla samej Platformy i Trzaskowskiego także), poza tym, iż ma naprawdę ciekawy i imponujący program. Problem z Campusem jest jednak nadal taki sam jak z samymi przemówieniami Tuska – są one adresowane do odbiorców, którzy i tak są bliżej opozycji niż PiS (młodzi, liberałowie, wielkomiejscy) i, tak naprawdę, poza faktyczną oprawą, treścią, oraz słusznością samej idei, nie zmienią one za wiele w układzie politycznych sił tu i teraz. Nie zmienią wiele w postrzeganiu liderów oraz ich środowisk. Tu cały czas, jak pisałem jakiś czas temu, potrzebna jest wizja programowa. Bez niej najwspanialsze nawet przemówienia oraz eventy nie będą miały wystarczającego ładunku niezbędnego do zmiany politycznej rzeczywistości.

Platforma zatem czeka – na to, co przyniesie przyszłość na Wiejskiej, na Nowogrodzkiej, na Mazurach, oraz – w konsekwencji – w sondażach. Nadal nie wiemy jednak co dalej – w przypadku zarówno ponownego zjazdu, jak i pięcia się w górę. Nadal jest w tym wszystkich zbyt dużo niewiadomych. Sam Tusk też póki co czeka; nie antycypuje, nie wyprowadza ciosów wyprzedzających, nie narzuca narracji (co prawda próbuje, jednak kraj żyje i mówi głównie o tym o czym chce by mówił rząd). Ostatnim tak dobrym przykładem przejęcia narracyjnej pałeczki przez opozycję było chyba kilkutygodniowe „grzanie” tematu Obajtka. Temat ten jednak, jak wiele innych, obumarł i nie przyniósł opozycji zbyt wielu wymiernych korzyści (może poza „schowaniem” samego Obajtka). Nihil novi. A poza tym – kiedy to było…?

Wszyscy w PO czekają. Czeka sam Tusk – z opóźnieniem reaguje nawet na pewne istotne sprawy w sferze publicznej (jak sprawa uchodźców z Afganistanu). Złośliwi wytykają mu, iż czeka z reakcjami na sondowanie publicznej opinii. Pewne objawy zniecierpliwienia widać jednak już także i nawet u komentatorów trzymających z opozycją.

Czas niby jest i wszyscy jeszcze są cierpliwi, lecz z drugiej strony jest go już dość mało i wcale tej cierpliwości w Platformie (i wokoło niej) może nie wystarczać. Zwłaszcza jeśli gruchną nam rzeczywiście w Polsce przedwczesne wybory.

* "W poszukiwaniu straconego czasu" to tytuł siedmioczęściowej, powieściowej sagi Marcela Prousta

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Jeden komentarz na “W poszukiwaniu straconego czasu*

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.