Węgierski sen

Obecnie dalsze rozmowy odnośnie jednej listy nie mają większego sensu i jeśli już miałoby dojść do rozważania i układanek to jeśli nie oddzielny start poszczególnych ugrupowań, ale ewentualnie koncepcja dwóch, trzech bloków.

Polityczne układanki w okresie międzywyborczym to bardzo kusząca opcja, z której czerpali nie tylko politycy, ale i publicyści, komentatorzy, czy wreszcie zwykli wyborcy. Rozważania jak pokonać PiS trwają praktycznie od początku rządów Zjednoczonej Prawicy, czyli od 2015 roku. Poza krytyką na czoło w ostatnich miesiącach wyszła koncepcja jednej listy, której byłem, jestem i będę przeciwny, bo to prosta droga do oddania władzy na kolejną kadencję obecnie rządzącym. Pisałem o tym tu: Wspólne listy? Zdecydowanie nie!. Pomimo wielu argumentów mówiących o tym, że jedna lista nie jest dobrym rozwiązaniem, jak chociażby fakt, że sama arytmetyka może być zwodnicza, czy fakt, że jedną listę obserwowaliśmy w wyborach do Parlamentu Europejskiego zawsze pojawiał się jeden argument – Węgry.

Zjednoczona Opozycja na Węgrzech przez długi czas prowadziła w sondażach lub przynajmniej była równym rywalem dla rządzącej partii Viktora Organa – Fideszu. Tak więc zawsze podważając koncepcję jednej listy w Polsce można było odbić się od argumentu, że trzeba iść drogą Węgier, zjednoczyć się i pokonać ten zły rząd. Nie przemawiały do nikogo argumenty, ze mamy inną sytuację, inną ordynację, to nie było ważne, bo wszakże tylko razem można pokonać PiS. Jeśli ktoś śmiał się wyłamać i otwarcie mówić, że nie chce jednej listy niemalże z automatu wrzucany był do worków o nazwach „V kolumna”, „sprzyjający PiS-owi”, czy wręcz „wróg demokracji”. W międzyczasie pojawiały się również koncepcje, że jeśli już jakoś się układać to lepsze byłby dwie lub trzy listy, ale to również było bombardowane – nic tylko jedna lista. Nie pozostawało więc nic innego, jak poczekać na rozstrzygnięcia w Budapeszcie, żeby przekonać się czy faktycznie wszyscy razem przeciwko Orbanowi wygrają.

Jeszcze w sobotę 2 kwietnia przed wyborami można było zobaczyć sondaże mówiące, że sytuacja rozstrzygnie się na kilku głosach, bo wyniki są po 47 proc. zarówno dla Fideszu jak i opozycji. Wyborcza niedziela na Węgrzech to brutalne starcie z sondażowymi prognozami, myśleniem życzeniowym, czy wreszcie nieubłaganym prawem wyborczym, które jest odpowiednio skonstruowane przez Orbana. Rządzący Fidesz nie tylko nie przegrał wyborów, ale wygrał je zdecydowanie zdobywając ponad 53 proc. głosów przy 35 proc. opozycji. Wynik ten to spory ból głowy dla wszystkich, którzy forowali u nas rozwiązanie jednej listy.

Dość ironicznie czyta się dzisiaj wszystkich tych, którzy lekceważyli argumenty jak chociażby fakt ordynacji wyborczej, przez którą nie można odwoływać się do przykładu węgierskiego u nas. Wszyscy oni dzisiaj jak czytam podają dokładnie ten argument w celu obrony koncepcji jednej listy, nie wycofując się z niego, a jedynie kosmetycznie poprawiając, że nadal sens jest, bo przecież u nas jest inna ordynacja.

Obecnie dalsze rozmowy odnośnie jednej listy nie mają większego sensu i jeśli już miałoby dojść do rozważania i układanek to jeśli nie oddzielny start poszczególnych ugrupowań to ewentualnie koncepcja dwóch, trzech bloków. Każdy blok w oparciu o wspólne idee i podobieństwa programowe może pozwolić uniknąć zagrożenia jednej listy polegającego na zbytnim miksie ideowym odrzucającym umiarkowany elektorat.

Jedynym argumentem przemawiającym za rozważaniem jednej listy byłaby zmiana w ordynacji wyborczej, o której PiS już wspominał w przeszłości. Jeśli zmieniono by ilość okręgów z obecnych 41 do np. 100 wtedy zagrożenie dla małych partii, a co za tym idzie niebezpieczeństwo czyhające w systemie d’Hondta byłoby na tyle duże, że układanki byłyby uzasadnione. W innym wypadku nie.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.