Wielki Wał – czy jesteśmy gotowi na wielką powódź?

W ubiegłym tygodniu zaszokowały nas skala zniszczeń oraz dramatyczne zdjęcia i filmy z powodzi w zachodniej Europie. W naszej historii również mamy jednak epizod, który dla dotkniętych nim rejonów pozostał zadrą na całe życie. Czy jesteśmy gotowi na powtórkę z 1997 roku? Albo: jak dobrze jesteśmy przygotowani na to by powtórki nie było?

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Z ust rządzących często słyszymy powtarzaną jak mantrę frazę, że „Polska jest gotowa i odpowiednio przygotowana” na wszelkie zagrożenia związane także i z siłami natury (tak było w przypadku kolejnych fal pandemii Covid-19). Czy podobnie rzecz się ma w przypadku zagrożenia powodziowego? Temat powraca przy okazji kolejnych gorących lat, a zwłaszcza takich, które swoimi gwałtownymi załamaniami pogody oraz burzami przypominają nam o zagrożeniu.

Przede wszystkim – powodzie nie powstają w rzekach, lecz w ich zlewniach. Zlewnie są to całości obszaru, z którego wody spływają do jednego punktu danej rzeki (jeziora, bagna itp.) lub jej fragmentu. WWF Polska (a w szczególności dr Przemysław Nawrocki) od lat bije na alarm, iż Polska, wbrew solennym deklaracjom a także mimo faktycznych inwestycji podejmowanych w temacie regulacji gospodarki wodnej, nadal na wielką powódź nie jest przygotowana – właśnie pod kątem regulacji gospodarki rzecznej. Według Nawrockiego, o wiele tańszym i skuteczniejszym rozwiązaniem byłoby zaprzestanie niszczenia rzek i ich renaturyzacja, w tym oddanie im terenów zalewowych, tam gdzie jest to możliwe oraz niedopuszczanie do wkraczania zabudowy na tereny zalewowe. Głównym problemem jest bowiem regulacja koryt rzek, pogłębianie i tzw. prace utrzymaniowych na polskich małych rzekach. Dlaczego tak się dzieje? Jak wyjaśnia Nawrocki: “Tak zwane prace utrzymaniowe, polegające na ich pogłębianiu (“odmulaniu”) i regulowanie małych rzek, pomimo, że często realizowane pod hasłem ochrony przed powodzią, faktycznie zwiększyły w drastyczny sposób zagrożenie powodziowe. Dzieje się tak, bo zdegradowane w ten sposób małe rzeki i potoki, przyspieszają znacznie spływ swoich wód do rzek głównych, co z kolei skutkuje szybkim ich wezbraniem do stanów powodziowych. W ten sposób znacząco mogą wzrosnąć szkody powodziowe, bo właśnie nad głównymi rzekami koncentruje się najcenniejsza infrastruktura komunalna i przemysłowa”. Pogłębianie i regulowanie rzek powoduje zatem przyspieszenie ich nurtu a to z kolei może przyczynić się do zwiększenia zagrożenia powodziowego terenów położonych w dole rzeki.

Powoli i do przodu

W Polsce dopiero w 2014 roku udało się rozpocząć pierwszy projekt odsuwania wałów na Odrze – na odcinku Domaszków-Tarchalice. W planowaniu przestrzeni oraz myśleniu o przyszłości nadal zdaje się u nas dominować przekonanie, że wyższe wały zatrzymają wodę w korycie i nie rozleją się na sąsiednie obszary, gdzie często przecież powstają kolejne zabudowania. Szybki rozwój mieszkalnictwa oraz wiele powstających deweloperskich osiedli okołomiejskich stoi często w sprzeczności z odpowiednią filozofią gospodarki wodnej okolicy.

Innym tego typu działaniem jest zakończona w 2020 roku budowa 6 km nowych obwałowań rzeki Wisłoki oraz potoku Kiełkowskiego. Zabezpieczenie obejmie swoim oddziaływaniem tereny gmin Mielec i Przecław. Podoba inwestycja ruszyła w maju tego roku w gminie Gorzyce w województwie podkarpackim – rozbudowa ponad 10 kilometrowego odcinka obustronnych obwałowań rzeki Łęg. Jak widać jest to rozwiązanie innowacyjne i na swój sposób „kompromisowe” względem dwóch metodologii opisywanych jak do tej pory. Takie możliwości zagospodarowania terenu gwarantuje ustawa „Prawo Wodne” z dnia 20 lipca 2017 r. Jest zatem także i nadzieja, że w przyszłości nasza infrastruktura wodna będzie coraz lepiej przygotowana do przyjmowania niespodziewanych nadwyżek wodnych.

Pogłębianie koryt to jednak wciąż najpopularniejsza metoda modernizacji rzek w kraju. Realizacja pogłębiania i udrażniania Wisły w okolicach Płocka może ruszyć jeszcze w sierpniu, kiedy zakończy się okres lęgowy ptaków. Kolejne zadania są zaplanowane jesienią również z uwagi na okresy ochronne dla zwierząt. – „Na początku sierpnia zamierzamy wydać ok. miliona złotych po to, żeby wykonać niezbędne prace, to, co się da bez pozwolenia wodno-prawnego, czyli bez niezbędnej dokumentacji, na zasadzie zgłoszenia” – mówi prezes Wód Polskich Przemysław Daca. Oczywiście nie jest to pierwszy przypadek pogłębiania odcinka królowej polskich rzek w okolicach Płocka – takie sytuacje miały tu już miejsce wcześniej (np. w 2017 roku). Niewątpliwie tegoroczny etap związany jest też z zimowym zagrożeniem, jakie wystąpiło tego roku na Wiśle w związku z zatorem lodowym. Taka jest też i jednak natura pogłębiania i odmulania – są to działania cykliczne, wynikające z natury zamulania się rzek. Lepsza gospodarka terenami zalewowymi zdaje się więc być bardziej perspektywicznym i długofalowym rozwiązaniem.

Być może dewastację polskich rzek powstrzyma jedynie stanowcza reakcja Komisji Europejskiej –  za jakiś czas będziemy musieli zapewne wielu rzeczom przywracać ich naturalny charakter. Stosunek polskiego rządu do europejskich zaleceń i przepisów jest jednak dobrze nam znany i objawia się coraz większym lekceważeniem oraz tak zwanym „pójściem na zwarcie”. Trudno wobec tego oczekiwać po rządzących jakiegoś rewolucyjnego kursu w zarządzaniu wodami polskimi pod wpływem „brukselskiej dyplomacji”. Polityka unijna wobec problemu rzek opiera się o ich renaturyzację – czyli filozofię całkiem odmienną od tej najczęściej stosowanej w Polsce. WWF Polska przygotował specjalny raport dotyczący niszczenia przyrody polskich rzek bezzasadnymi i niewłaściwie prowadzonymi pracami hydrotechnicznymi i melioracyjnymi. Okazuje się, że od 2010 roku zostało zniszczonych aż 16 tysięcy kilometrów małych rzek, co bez wątpienia tylko wzmogło jeszcze bardziej zagrożenie powodziowe. Dotyczy to także inwestycji finansowanych ze środków unijnych. Po powodzi z 2001 r. Europejski Bank Inwestycyjny przyznał Polsce 250 mln euro pożyczki na odbudowę zniszczonych urządzeń wodnych, co razem z wkładem własnym dało 385 mln euro. Za te pieniądze w całym kraju powstało m.in. tysiąc małych projektów wodnych, których część chroni przed zalaniem pastwiska, lasy, nieużytki. – “Zamiast zbudować system odszkodowań dla rolników, których pola leżą na terenach zalewowych, w Polsce wybierane są metody ciężkie, niszczące nasze dziedzictwo przyrodnicze i kosztowne” – uważa prof. Roman Żurek, przyrodnik z Instytutu Ochrony Przyrody PAN. Istotnie – pogłębianie i odmulanie rzek to nie tylko czynnik wyjaławiający gleby, lecz także powodujący ogromne straty środowiskowe.

Z drugiej strony (rzeki)...

Nie jest też oczywiście tak, że wina leży po stronie rządowej, a wolna od odpowiedzialności jest strona samorządowa (zwłaszcza w kwestii administrowania gruntami i przestrzenią). Jak czytamy w raporcie NIK z 2013 roku „PLANOWANIE I REALIZACJA INWESTYCJI NA TERENACH ZAGROŻONYCH POWODZIĄ”, „W ocenie Najwyższej Izby Kontroli organy samorządu terytorialnego nie podejmowały wystarczających działań w zakresie ustanawiania szczególnych warunków lokalizacji inwestycji, a w tym ograniczania zabudowy na terenach zagrożonych powodzią. […] Znaczny wpływ na sposób gospodarowania terenami zagrożonymi powodzią miało także niedokonywanie przez gminy analizy zmian w zagospodarowaniu przestrzennym. Studia uwarunkowań i  kierunków zagospodarowania przestrzennego gmin oraz miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego nie zawierały aktualnych informacji o terenie, w szczególności dotyczących zjawisk powodziowych.” Oczywiście, od opublikowania raportu minęła już prawie dekada, jednakże trudno nie odnieść wrażenia, że wzmożenie zainteresowania jak również wzmożenie inwestycyjne dotyczy często sytuacji „na świezo” po zagrożeniach powodziowych (jak w Płocku, oraz w całym kraju – po powodzi w 2010 roku). W pozostałych obszarach i w tak zwanym międzyczasie, realizuje się standardowe projekty o których tu piszemy. A specjaliści i organizacje środowiskowe dalej biją na alarm i wskazują uchybienia. Wspomniany raport NIK sugeruje, że w okresie gdy szczególne zagrożenie powodziowe nie występuje, temat ten schodzi na dalszy plan: „W trakcie kontroli ustalono, że w większości skontrolowanych urzędów miast i gmin zagadnienia związane z ochroną przed powodzią nie zostały objęte zadaniami audytowymi oraz kontrolą wewnętrzną” – podsumowuje analiza.

Żegluga krótkowzroczna

Problematyczne w kontekście ochrony przeciwpowodziowej wydają się także być ogólnokrajowe plany dotyczące przekształcania polskich rzek w kanały żeglugowe. Sytuacja ta dotyczy nie tylko słynnego przekopu mierzei Wiślanej (a w zasadzie jest to sytuacja osobna – nie jest to bowiem projekt regulacji rzeki), lecz przede wszystkim:

  • Odra – praktycznie cała, cały polski odcinek – od Świnoujścia do granicy z Czechami
  • Wisła – od morza, tj. zarówno od Gdańska, jak i od Elbląga aż do Warszawy
  • połączenie Wisły z Odrą, poprzez Wartę, Noteć i Kanał Bydgoski

Odcięcie koryt od terenów zalewowych, skrócenie długości rzek poprzez prostowanie łuków oraz utrzymywanie wymaganego przez żeglugę wysokiego poziomu wód w korytach szlaków żeglownych to bezpośrednie przyczyny zwiększenia częstotliwości i zasięgu niszczących powodzi, jak piszą Michał Olszewski i Adam Wajrak w artykule Tragedia polskich rzek. Pogłębiamy je, oczyszczamy, otaczamy wałami – bez sensu. Skala tego zjawiska, w połączeniu z tzw. uszczelnieniem powierzchni (potocznie zwanej “betonozą”), może powodować coraz częstsze podtopienia, zwłaszcza na silnie zurbanizowanych odcinkach takich kanałów. Dobrym przykładem jest zlewnia Serafy w Krakowie. Od 1990 roku do 2012 uszczelniono około 1500 hektarów tej zlewni (czyli prawie 70 ha rocznie), co stanowi 20% jej powierzchni. Nie mamy nowszych danych, lecz możemy wyobrazić sobie jak proces „uszczelniania” powierzchni przyspieszył w latach późniejszych, biorąc pod uwagę tak szybki rozwój budownictwa mieszkaniowego, przemysłowego i handlowego w aglomeracji krakowskiej.

Czy "wielki wał" to synonim organizacyjnego sukcesu czy porażki?

Podsumowując – sytuacja naszego narodowego panowania nad możliwą wielką powodzią przypomina nieco strategię walki z Covid-19: w pewnych obszarach coś się robi, pewne są zaniedbane, nadal nie słucha się ekspertów, zarówno na poziomie krajowym, jak i samorządowym. Obecna polityka rządu nie traktuje także, delikatne mówiąc, zmian klimatycznych całkiem serio, co jeszcze bardziej zaciemnia obraz. Z jednej strony inicjatywy są coraz nowocześniejsze i przystające do wodno-klimatycznej rzeczywistości. Z drugiej – tempo zmian jest wciąż wolne. A przecież nie można także lekceważyć faktu, że zmiany klimatu skutkują wzrostem częstości występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych, takich jak ulewne deszcze o wielkiej intensywności, wywołujące katastrofalne powodzie. Zabezpieczenia przed powodzią, które mogły sprawdzać się w przeszłości, ewidentnie nie sprawdzają się już dziś i tym bardziej nie będą skuteczne w przyszłości – wbrew pozorom (zmniejszające się i zwężające koryta rzek oraz ogólny spadek ich poziomu), nasze rzeki potrzebują teraz więcej miejsca niż kiedykolwiek w przeszłości. To czy jesteśmy gotowi na „wielką wodę” najlepiej zatem przetestowałaby sama natura. Lepiej jednak żeby tego nie robiła.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.