Żeby nie było śladów (recenzja)

Żeby tylko się to nie powtórzyło – tak chciałem zatytułować tę recenzję oraz nazwać główną emocję, jaka towarzyszyła mi w oglądaniu najnowszego filmu Jana P. Matuszyńskiego.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Śmierć Grzegorza Przemyka, skądinąd bardzo ważna oraz porażająca swoją bezsensownością oraz brutalnością Milicji Obywatelskiej, jest w filmie „Żeby nie było śladów” tak naprawdę tłem dla spraw dużo głębszych oraz o wiele bardziej przewlekłych niż sam akt najbardziej nawet bulwersującej agresji – marazmu życia w toksycznym ustroju, zniechęcenia do życia jako takiego w ogóle, opresji ze strony aparatu państwa, udręczenia w stopniu w którym człowiek z łatwością wypiera już nie tylko poczucie więzi, solidarności czy relacji z innymi… W najnowszym obrazie twórców m.in. „Bożego Ciała” widzimy przede wszystkim obywateli umordowanych absurdalnie niesprawiedliwym i obłudnym ustrojem, który sam ugina się już pod ciężarem własnych urojeń, propagandowych kłamstw wobec społeczeństwa oraz intryg wewnętrznych.

Bicie w sposób taki „żeby tylko nie było śladów” było i jest metodą znaną tym ludziom oraz w tych miejscach, gdzie bicie ma być zawoalowaną metodą osiągnięcia określonych celów, nie zaś aktem przemocy samym w sobie. I właśnie dlatego tego typu bicie jest tu pewnego rodzaju metaforą; metaforą działania aparatu państwa na wielu płaszczyznach oraz na przestrzeni wielu resortów – „róbcie tak, żeby nie było śladów” – załatwiajcie sprawy tak, aby nie podburzać nastrojów społecznych ani wzmagać zainteresowania czy presji z zewnątrz. „Żeby nie było śladów” urasta zatem do metafory uniwersalnej; doktryny działania dowolnego państwa w dowolnej epoce, któremu przeszkadza tak naprawdę społeczeństwo obywatelskie, przed którym „ma nie być śladów”. Żeby ludzie nie widzieli…

Ważną cechą tego filmu jest to, iż nie kreuje on genialnych indywidualności, jednostek, postaw, czy przeobrażeń swoich bohaterów. W tym sensie, że każdy z osobna oraz sam kontekst historyczny odtwarzają tu główne role. Nikt i nic nie wybija się tu ponad całość przekazu (są tu oczywiście bardzo dobre lub znakomite kreacje aktorskie, jest świetny scenariusz czy odwzorowanie epoki). Przebieg filmu nie daje nam jednak zapomnieć ani na chwilę, że najważniejsze jest to co i jak przeżywają ludzie – na tym tle muzyka, czy zdjęcia (bardzo dobre zresztą) ani nie odstają od całości, ani też niepotrzebnie „nie kradną” show kosztem opowiadanej historii.

Są tu oczywiście genialne sceny i momenty, jak ta w której prokurator generalny Franciszek Rusek (Mikołaj Grabowski) zarzuca generałowi Czesławowi Kiszczakowi (świetny Robert Więckiewicz!) nieznajomość i niestosowanie przepisów konstytucji PRL. Nie trzeba być wybitnie oczytanym orłem olimpiad z historii by wiedzieć, że konstytucję PRL w samym PRL łamały bodajże wszystkie resorty. Ale na tle czasów: ówczesnych (po Stanie Wojennym PRL istotnie bowiem chciała się „ocieplić” i „zrehabilitować” w oczach Zachodu jako w miarę normalne państwo; niedługo po historii zabójstwa Przemyka powołano np. instytucję RPO), oraz dzisiejszych – słowa te jak i cała scena brzmią groteskowo i przerażająco zarazem.

Film jest też na pewno hołdem dla samego Przemyka. Dla jego otoczenia, dla którego nic już nigdy nie było po maju 1984 roku takie samo, nawet po transformacji (o ile nie zmieniło się to na gorsze; wolna Polska ostatecznie nie przyczyniła się do właściwego osądzenia sprawców). W tym ujęciu jest to również opowieść o cierpieniu matki (Marii Sadowskiej – bardzo dobra rola udręczonej i schorowanej matki w wykonaniu Sandry Korzeniak) oraz bezsilności i frustracji najbliższego kolegi (Jurka Popiela – Tomasz Ziętek). A zatem dwójki tak naprawdę głównych bohaterów, którzy na ekranie czynią wszystko co w ich mocy by doprowadzić do uczciwego (na co mają mimo realiów epoki nadzieję) procesu i osądzenia sprawców, starając się jednocześnie nie ulegać prowokacjom resortu Spraw Wewnętrznych PRL, które chcę sprawę zamieść pod dywan. Oczywiście sztuka ta nie udaje się – na ławie oskarżonych zasiadają wplątani w intrygę MSW sanitariusze, stając się kolejnymi ofiarami represji reżimu.

Bo to właśnie ludzie są tu głównym bohaterem – udręczeni, zobojętnieni, gotowi dla świętego spokoju swojej rodziny czy własnego pójść na współpracę z SB, wziąć winę na siebie, a jeśli wymaga tego sytuacja ugrać coś w kontaktach ze służbami (doskonały Jacek Braciak w roli ojca Jurka Popiela). A wszystko po to, żeby to wszystko się już tylko jak najszybciej skończyło…

A nam wszystkim, trzydzieści niespełna lat po śmierci Przemyka – żeby tylko to wszystko się nie powtórzyło – tak właśnie tytułuję tę recenzję oraz nazwam główną emocję, jaka wciąż towarzyszy mi po obejrzeniu najnowszego filmu Jana P. Matuszyńskiego.

 

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *