Zły gen (rozważania)

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Każdy zna zapewne przekorne powiedzonko znane nam z czasów „humoru z zeszytów szkolnych” lub w ogóle – ze szkolnych lat: “Im więcej się uczysz, tym więcej wiesz. Im więcej wiesz, tym więcej pamiętasz, im więcej pamiętasz, tym więcej zapominasz, a im więcej zapominasz, tym mniej wiesz”. Czy źródło tego powiedzonka może tkwić jedynie w beztroskiej, leniwej młodzieńczej przekorze wobec „dyktatu” nauki i szkoły czy może mieć swoje głębsze podłoże i leżeć u podstaw większych społecznych zagadnień i trudności? Ile uczymy się jako świadome społeczeństwo z naszej własnej historii oraz oceanów informacji w jakich dryfujemy i pływamy obecnie?

Jedną z powszechniejszych mentalnych dolegliwości na którą aktualnie się skarżymy jest tzw. „przeciążenie informacyjne” (information overload); lawinowe przyrosty treści, które wypełniają i przeciążają nasz umysł. To już nie to samo co jeszcze 20 lat temu – dziś do radia, prasy i TV należy dorzucić omniprezencję internetu – nie tyle jego dostępność skąd tylko chcemy, lecz przede wszystkim wachlarz możliwości oraz zasoby treści jakie nam on daje.

A co za tym idzie – oceany informacji: newsy, blogi, strony, posty, komentarze, rekomendacje, recenzje, opracowania naukowe, opinie influencerów, testy, zajawki, live’y… Długo by wymieniać.

Pisałem już o tym zjawisku kiedyś w tym tekście – w kontekście informacji, która wyzwalając nas, tak naprawdę nas wszystkich także i trochę zniewala. Mamy dziś nieograniczony dostęp do informacji – źródeł, badań, opracowań, teorii mądrych oraz niemądrych. Mamy wybór, możemy wybierać mądrze. A jeśli już nie zawsze tak się przecież da – możemy zawsze wybierać lepiej niż inni, lub lepiej niż kiedyś. Wybierać źródła, informacje, treści, przekazy.

A także polityków.

Im bardziej rządy Zjednoczonej Prawicy zdają się “gnić”, tym ciekawiej robi się w toku rozumowania tej sytuacji u prawicowych publicystów (myślę, że to nawet może być ciekawa sytuacja na tle symetrystycznego “nie straszcie PiSem”, z którego dziś kpi liberalny elektorat ‘tępiący’ symetrysów). Mianowicie, jest to myślenie w stylu “owszem, może i ci rządzący kradną, ale przecież wszyscy kradli”. Albo „robią szwindle ale inni też je przecież robili lub będą robić, też eksperymentowali na prawie i ustroju, a jak kiedyś odzyskają władzę, będą przecież głównie mścić się na ludziach PiS”. A także: „ta władza jest może i zepsuta ale dała ludziom więcej niż każda inna po ’89”.

Czy po setkach lat bolesnych doświadczeń i eksperymentów historii na naszym narodzie, nie nauczyliśmy się niczego więcej aniżeli wciąż jakże zaściankowego „jak już mają psuć i kraść, to lepiej niech robią to ci nasi”? Czy dziś, w oceanach informacji – o nas samych, naszej historii, polityce wewnętrznej i zewnętrznej, kulturze i psychologii – nadal nie stać nas na oderwanie się od jednego z być może najbardziej szkodliwych stereotypów? Przecież możemy spojrzeć na samych siebie z innej perspektywy, porównać fakty i postawy, wyciągnąć wnioski, uczyć się… Zamiast tego mamy to co mamy, czyli: władza już tak zepsuła kraj i umysły, że nadal musi straszyć opozycją, że ta chce aby „było tak jak było”, podczas gdy sama chciałaby zachować status quo jak najdłużej (na zawsze?) i żeby było tak jak jest teraz. Paradne…

Czego to także dowodzi? Że te trzydzieści z okładem lat transformacji ustrojowo-mentalnej nie było na tyle progresywne i jako naród już zdążyliśmy zapomnieć, że człowiek (a także i przecież naród) uczy się całe życie? A może kryje się za tym coś jeszcze? Może jest w nas jakiś niewłaściwy gen, który uaktywnia się pod wpływem danych czasów lub okoliczności?

Mamy “bogate”, lecz niestety haniebne tradycje przemocowe w Polsce szlachecko-pańszczyźnianej (odsyłam z tego miejsca do bardzo ciekawej publikacji książkowej na ten temat). Podstawową formą egzekwowania poddaństwa chłopa wobec pana była fizyczna przemoc – świat tamtych wartości i norm nie był bowiem oparty o skodyfikowane regulaminy, przepisy, czy umowy cywilnoprawne jak dziś. Chłop tę ciążącą na nim relację w sobie tłumił. Czasem wybuchały bunty (jak te duże, które swych przyczyn miały wiele, lecz także i jedną z nich była przecież naturalna dla człowieka, oddolna chęć stawienia czoła opresji). Tym ten powszechny pociąg do przemocy był silniejszy, iż przecież Polacy zniewalali „swoich”, w sensie narodowości. Bito zatem także i wszędzie, na każdym szczeblu feudalnych zależności (bito oczywiście zgodnie z kierunkiem poddaństwa).

Nie tylko jednak przemoc była wtedy zjawiskiem powszechnym. Rodziła się także mentalna konstrukcja stosunku do wartości mienia pańskiego – skoro bowiem chłopi byli swoistymi niewolnikami państwa, ich stosunek do majątku opresyjnego pana był często także lekceważący (włącznie z oszukiwaniem czy kradzieżami z pańskiego mienia). W takim układzie, jako społeczeństwo, nie wykształcaliśmy poprawnych i cywilizowanych relacji na linii pan – poddany, tudzież chłop – mienie (mimo tradycyjnego przywiązania do ziemi oraz zasobów natury: lasów, rzek, pól, tak powszechnego w masowej, chłopskiej wyobraźni).

Kiedy przyjrzymy się powszechnej mentalności panującej na liniach pracodawca – pracownik oraz pracownik – mienie (państwowe) w PRL, mamy tu dopełnienie wzorca hodowanego na ziemiach Rzeczypospolitej przed obiema wojnami, albo jego dalsze niechlubne przedłużenie. W mojej rodzinie (o dość bogatych tradycjach pracowniczych) przez całe lata ’90 z rozrzewnieniem wspominano czasy niesłusznie według wszystkich jej członków minione, jako czasy względnego dobrobytu, powszechnego dostępu do godziwej pracy (czy także i płacy? Tego nie pamiętam, ale za stabilną płacą też w dzikim kapitalizmie lat ’90 się u mnie w domu tęskniło tak, że ho ho!), równych szans, ciągłości zatrudnienia oraz stałości wynagrodzenia. Jednym słowem – w PRL nikomu nie brakowało niczego (wyłączając z tego rzecz jasna produkty konsumenckie). W zakładach pracy nie brakowało towaru, materiałów, nadwyżek i planów (no bo państwo przemysłem i rolnictwem stało), a do tego wszystkiego potrzeba było kadr oraz zasobów ludzkich – nie brakowało zatem także i pracy („wszyscy mieli pracę”, „nie trzeba było jej szukać, jak teraz”). Skoro więc „wszystko było” i każdy miał równo – było w jakimś sensie dobrze. Wszystko było państwowe czyli nasze, wspólne (zatem niczyje?). Kto co sobie wziął i podebrał, to było już niego. Nadwyżki nie były w PRL żadnym problemem (nawet potężne nadwyżki żywności – np. żywca wieprzowego), więc kto co sobie ugrał, to było jego i taki też stan rzeczy uznawano za jedną z form sprawiedliwości społecznej oraz “odegrania się chłopa (robotnika) na państwie”.

Stosunek do pracodawcy (może i nie wprost opresyjnego, lecz centralnie pracownikiem sterującego) oraz państwowego mienia był zatem względem dawnych czasów utrzymany. Dlatego też zmiana mentalności oraz nowych warunków gry panujących między pracodawcą (usługodawcą) a pracownikiem (zleceniobiorcą) oraz stosunek do mienia (już coraz częściej prywatnego) był w latach dziewięćdziesiątych tak wielkim szokiem. Do dziś pamiętam już nie tylko tę nostalgię za czasami „niesłusznie” minionymi, lecz także i pomruk niedowierzania oraz frustracji, kierowanych przez moich przodków wobec reformatorów nowej władzy uwalniających naszą gospodarkę, którym „doszczętnie się chyba coś popierdoliło w głowach”, że podnieśli rękę na system tak społecznie sprawiedliwy, uniwersalny oraz obiektywny dla ogółu pracującego ludu.

Jaki z tego wniosek możemy wysnuć dziś? „Opresyjny” stosunek państwa do obywatela rodził i nadal rodził będzie wiele wątpliwości natury moralnej słuszności – czy bardziej opłaca się wreszcie zerwać z mrocznymi tradycjami radzenia sobie z tą „opresją” i przestać oszukiwać oraz kombinować, czy może kombinować dalej. Przeciwwagą dla pańszczyźnianej przemocowej nieufności oraz peerelowskiego kunktatorstwa połączonego z roszczeniową miłością do państwa może być nowocześnie budowane społeczeństwo obywatelskie. Takie budowane latami, w oparciu o przełożenie jego założeń na realne efekty (np. takie, że nie opłaca się w dłuższej perspektywie być państwem samolubnych autokratów, wszczynających wojenki wewnętrzne, czy zewnętrzne i skłócających ze sobą obywateli, tylko społecznością otwartą, serdeczną oraz przedsiębiorczą – czyli dobra wymieniającą, a nie się na nie wzajemnie oszukującą).

Tylko jakiego społeczno-kulturowego doświadczenia potrzebujemy aby tę wielką reformę rozpocząć i owego “złego” genu się pozbyć skoro dotychczasowe „terapie szokowe” oraz masowe historyczne doświadczenia (wojna, zniewolenie, transformacja, integracja z UE, Zachodem, NATO) tego nie zmieniły? Tego nie wiem, sądzę jednak, że odpowiedź może zaczynać się wraz z pojęciem oraz podjęciem nowoczesnej edukacji obywatelskiej.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.