Zmiana paradygmatu czy Appeasement 2.0?

Po zjednoczeniu, Niemcy miały być dla zachodniej cywilizacji buforem odpierajacym napór tej ze wschodu. Coraz częściej jednak przypominają one w tym procesie błonę półprzepuszczalną. Czy aktualny kryzys wokół Ukrainy finalnie obnaża właśnie jedno z najsłabszych ogniw NATO?

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Elementarną logiką w polityce obronności każdego państwa, pod warunkiem, że nie jest ono supermocarstwem, jest jej oparcie o silnych i stabilnych sojuszników. Od początku lat dziewięćdziesiątych, do mniej więcej połowy minionej dekady, w naszym przypadku proces ten przebiegał wręcz wzorcowo: dążenie do uczestnictwa w NATO, następnie w Unii Europejskiej. Po rozszerzeniu ich struktur dalsze rozwijanie współpracy w ramach tych sojuszy, poszerzone także o inne formaty: Trójkąt Weimarski, Grupa Wyszechradzka. Ale nie tylko. Był (jest?) to także format amerykański (ze swoim szczytem w okolicach roku 2014, następnie z rewizjonizmem administracji Trumpa i Dudy, po to by współcześnie utknąć w dość niejasnym i martwym punkcie). Nie mówiąc już o trójkącie Niemcy – Polska – Rosja; ostatnie tego typu spotkanie miało miejsce w 2014 roku (Ławrow, Sikorski, Steinmeier). Czy ktoś potrafi wyobrazić sobie dziś trójstronne rozmowy między szefami MSZ Polski, Rosji i Niemiec w czasach rządów i propagandy Zjednoczonej Prawicy?

Politycy często powtarzają, że kwestia integralności terytorialnej i granicznej Ukrainy to także i nasza, polska racja stanu. I słusznie. Z tym, że wątpliwości coraz więcej budzi wariant opierania ogółu polityki międzynarodowej i obronności o największego gracza w regionie.

Gdzie Berlin a gdzie Krym?

W ostatnim czasie, wobec narastającego napięcia wokół nie tylko Donbasu, lecz także wzdłuż granicy Białorusi z Ukrainą, pojawiło się mnóstwo zdumiewających doniesień z obozu zachodniego, a zwłaszcza ze strony niemieckiej. A zatem z „rejonu”, z którego wobec prężenia muskułów przez Rosję oczekuje się jasnych stanowisk dotyczących wsparcia działań na rzecz deeskalacji konfliktu.

Zacznijmy choćby od zamieszania wokół transportu broni transportowcami C-17 z Wielkiej Brytanii na Ukrainę w połowie stycznia. Jak informowały media (portal UK Defence Journal), tranzyt odbył się dłuższą i okrężną drogą ponieważ Niemcy nie zgodzili się, by transport nastąpił w ich przestrzeni powietrznej. Niemiecki resort obrony zaprzeczył jednak tym doniesienieniom informując, iż Brytyjczycy nie zwracali się o zgodę na taki przelot (partnerzy NATO muszą podczas transportu broni i amunicji nad Niemcami uzyskać pozwolenie na wykorzystanie przestrzeni powietrznej, tzw. “diplomatic clearance”). Sprawa mogła zatem zostać uznana za niebyłą i niegodną uwagi, jednakże wobec całego ciągu (ich braku?) niemieckich reakcji na sytuację na wschodzie na pewno była przez kilka dni języczkiem u wagi. Ciąg stanowisk resortów obu pańtw zakończyć mogła deklaracja Olaf Scholza, który co prawda ostrzegł Moskwę przed poważnymi konsekwencjami politycznymi, gospodarczymi i finansowymi ewentualnego ataku na Ukrainę, wykluczył jednak mozliwość dostawy broni z Niemiec do tego państwa.

Prawdziwym symbolem niemieckiej solidarności z zagrozonym sąsiadem Rosji stały się jednak słynne już hełmy, jakie w liczbie 5 tysięcy sztuk zapowiedziała w ramach dostawy sprzętu niemiecka minister obrony Niemiec Christine Lambrecht, po posiedzeniu komisji obrony, na której podjęto decyzję o wysłaniu takiego właśnie kontyngentu sprzętu do Kijowa. Ambasador Ukrainy w Berlinie Andrij Melnyk uznał to za „gest czysto symboliczny” i stwierdził, że „Ukraina oczekuje od rządu Niemiec zmiany o 180 stopni, prawdziwej zmiany paradygmatu.”

Dodając do tego wiele innych wypowiedzi padających przy róznych okazjach i sytuacjach (jak te byłego premiera Bawarii Markusa Södera, wiceadmirała niemieckiej marynarki wojennej Kay-Achim Schoenbacha, czy byłego kanclerza Gerharda Schroedera, która była wręcz lekceważąca – że on sam nie wierzy w inwazję Rosji na Ukrainę i wyraził nadzieję, że “skończy się to ukraińskie pobrzękiwanie szabelką”) wyłania nam się obraz nie tyle imposybilizmu i niechęci w działaniu, a jawne i niekłamane w nim skrępowanie. Niemożnosć podjęcia stosownych i skrojonych na miarę działań wynikająca z chłodnej biznesowo-politycznej kalkulacji i z zaszłości historycznych, głównie tych po ’89 roku.

Tym bardziej, iż wezwania do opamiętania i zmiany kursu nie płyną wyłącznie z zewnątrz – z Ukrainy, czy z ocen działań innych sojuszników w NATO. Krytycznie o działaniach Berlina wypowiadają się już także tamtejsze media oraz opinia publiczna. W ich ocenie taka polityka (ustępstw) już w 2014 zakończyła się klapą. W połowie stycznia 73 znawców niemieckiej polityki wschodniej ostro skrytykowało bierność kolejnych rządów wobec rosyjskich militarnych zawłaszczeń na terenie dawnego ZSRR – począwszy od okupacji mołdawskiego Naddniestrza przez XIV armię w 1992 r., po bezprawną aneksję Krymu i agresję na wschodzie Ukrainy.

Trudno z drugiej strony oczekiwać teraz u naszych zachodnich sąsiadów nagłego zwrotu z Realpolitik na Ostpolitik, szczególnie w zakresie nacisków dyplomatycznych. I sczególnie gdy ciężko także nie zgodzić się z doktryną pokoju w Europie za cenę ustępstw. Trudno jednak także w ciągu kilku miesięcy napięć redukować sytuację i poczucie, które budowało się latami, nawet jesli owo napięcie jest bezpośrednim niemalże skutkiem tego budowania. Stopniowe uzależnianie się od rosyjskiej energii oraz pieniędzy zainwestowanych w zachodnie rynki wystawia dziś Zachodowi trudny do przekłnięcia w jednym kawałku rachunek za wieloletnie, stopniowe „gotowanie żaby” przez Rosję.

Wierzchołkiem góry lodowej zdaje się być tu oczywiście nitka Nord Stream 2. W tym sensie łatwo jest dziś mówić o strategicznym znaczeniu tej inwestycji dla obu zainteresowanych stron, a z drugiej strony o apelach by tę inwestycję zawiesić. Problemem w takim podejściu jest jednak brak wskazania rozwiąznia dla sytuacji w której inwestycja jest zamrożona – co dalej? Co zamiast NS2? Wobec narastającego kontrastu pomiędzy zachodnim i wschodnim podejściem także i do transformacji energetycznej, dobrym rozwiązaniem mogłoby być przeniesienie dyskusji na temat alternatywy na forum ekologiczne. Oczywiście w ramach i w obszarze UE, trudno bowiem oczekiwać długofalowego dogadania się ze wschodem w razie faktycznego fiaska realizacji Gazociągu Północnego.

Jeszcze jeden Nowy Chamberlain?

Ponurych analogii jest niestety więcej, a będzie takich zapewne przybywać. Zwłaszcza do polityki uległości zachodu wobec Hitlera, w świetle dyskutowanych teraz na nowo wydarzeń z 1938 roku, za sprawą pokazanego własnie na Netflixie filmu „Monachium: W obliczu wojny”. W ramach tzw. Układu Monachijskiego, poprzedzonego twardymi żądaniami III Rzeszy, Zachód (na czele z Wielką Brytanią i Francją) odstąpił wtedy Hitlerowi część Czechosłowacji, kupując sobie, we własnym mniemaniu, gwarancję pokoju w Europie.

Wtedy także, mimo jawnego łamania traktatu wersalskiego przez III Rzeszę, na Starym Kontynencie panowało przekonanie, że w niespełna dwadzieścia lat po Wielkiej Wojnie, kolejny duży konflikt jest nie do pomyślenia. Mimo ostrzeżeń wynikających z raportów od pierwszej połowy lat trzydziestych, premier Wielkej Brytanii Neville Chamberlain (jeden z głównych architektów Traktaku Monachijskiego z 1938) uspokajał opinię publiczną oraz odpierał ataki krytykujących go za zbyt uległą wobec hitlerowskich Niemiec politykę ustępstw („Appeasement”). Po latach wiemy już, iż polityka taka nie wynikała wyłącznie z naiwności lub przekonania, że „pokój za cenę ustępstw” jest najważniejszy. Chodziło także m.in. o odwleczenie możliwego międzynarodowego konfliktu w czasie, z razji niedozbrojonej w latach 30-tych XX wieku brytyjskiej armii, niegotowej jeszcze wtedy na duże działania zbrojne. Ostatecznie, w rok po euforii wynikającej z ogłoszenia wyżej wspomnianego traktatu Chamberlain przyznał, że polityka appeasementu była błędem. Było to chwilę po wypowiedzeniu przez Wielką Brytanię wojny III Rzeszy, 3 września 1989 roku, czyli z kolei zaraz po ataku Hitlera na Polskę.

Jest to oczywiście duże uproszczenie i szukanie analogii w historii, ale przykład Chamberlaina jest przywoływany nader często, przy okazji wielu międzynarodowych spięć. A być może tak jak było to w przypadku premiera Wielkiej Brytanii czasów wybuchu II Wojny Światowej – jeżeli kiedykolwiek odtajnione zostaną niejawne dziś dla opinii publicznej dokumenty przekonamy się, że być może rozmyta polityka Berlina wobec Moskwy odwlekła w czasie jakieś jej zbrojne interwencje w Europie wschodniej.

Strachy prawicy

Efekty takiej postawy czołówki UE oraz NATO są jednakże wodą na młyn dla krytykującej ją prawicowo-konserwatywnej narracji, która w bierności i bezsilności w takich sytuacjach dopatruje się niezbitych dowodów na słabość i upadek liberalnej zachodniej demokracji. Nastroje podburzają rzecz jasna publicyści (nasze rodzime „Do Rzeczy” pisze na przykład w tym tygodniu o tajnym pakcie do protokołu Merkel – Putin; analogii wyjasniać chyba nie trzeba, jeszcze bardziej podkręcając i umacniając rusofobiczne oraz antyniemieckie nastroje wśród ludzi z konserwatywnymi poglądami), a sami politycy (na przykład prawicowi „przyjaciele” Mateusza Morawieckiego w Europie) zyskują mocne argumenty, trudne do zbicia na polu faktycznym (w międzyczasie oczywiście ochoczo prowadząc z Rosją kolejne biznesy). Fatalny styl wyjścia Amerykanów z Afganistanu jeszcze bardziej rozochocił do takich ocen i postaw wszystkich tych, którzy wieszczą od jakiegoś czsasu upadek cywilizacji zachodu i liberalnej demokracji, mając zapewne nadzieję na ugranie ile się da na stawianiu takich diagnoz.

Przetasowanie na fotelu kanclerza w Niemczech oraz liczne i częste deklaracje Olafa Scholza co do tego, że Rosja nie dostanie gwarancji od NATO w postaci zapewnienia, że Sojusz nie rozszerzy się dalej na wschód, a rosyjskie działania to zagrożenie dla pokoju i bezpieczeństwa w Europie, nie przyniosły póki co zmiany oceny sytuacji przez ekspertów, dziennikarzy, ani komentatorów z Niemiec, tudzież z innch państw. Oczekiwana przez Ukrainę „zmiana paradygmatu” to operacja o wiele kosztowniejsza, bardziej wrażliwa, złożona i wielowymiarowa. Nawet jeśli miałaby takowa mieć swój początek choćby i dziś, jej efekty poznamy dopiero najwcześniej za kilka tygodni, lub miesięcy.

patronite

Jeśli podobają Ci się treści prezentowane na Subiektywno-Obiektywny, zapraszamy do wsparcia naszego działania na Patronite! 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.